Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
wtorek, 30 stycznia 2007
Polska według męża – dzień 3.

"Już powoli zaczyna nam brzydnąć perspektywa kolejnego posiłku, który w ciągu  kilku minut powstaje z tajemniczego proszku firmy Osem.  Nikt tak naprawdę nie wie, z czego ten proszek się składa, a złowrogie bulgotanie, które następuje po zalaniu proszku wrzącą wodą, odbiera apetyt nawet najbardziej głodnym.  Zaciskamy jednak zęby, bo największą zaletą zupek jest odpowiedni znak koszerności.  No ale ile można? 

Odwiedziliśmy więc sklep koszerny w poszukiwaniu produktów, które choć trochę mają wspólnego z naturą.Zachciało nam się mleka.

„Nie ma” – odpowiedział miły pan. 

„A noże ser żółty?”

„Będzie w przyszłym miesiącu.”

„A parówki?”

„Jak zrobią w fabryce.” 

Od razu mi się na sercu cieplej zrobiło.  Jak widzę organizowane są specjalne happeningi dla żydowskich turystów, aby przybliżyć im atmosferę kryzysu. Z mówi, że to bylo na poważnie, ale ja i tak wiem swoje. "

23:38, zydoweczka
Link Komentarze (38) »
Polska według męża – dzień 2.

"Dzień drugi rozpocząłem z postanowieniem zauważania więcej białego śniegu, a mniej tego błota, które wczoraj przyczepiło się do podwozia samochodu moich teściów, a stamtąd zawędrowało na nogawki moich spodni i dalej do skarpetek.  Biały puch, powtarzałem sobie w myślach zanim rano otworzyłem oczy.  I udało się! Z wysokości czwartego piętra świat naprawdę wyglądał ładnie.  Stałem przy oknie ściskając w dłoniach kubek kawy i czułem się jak w reklamie kawy Elite – rozbudzony i gotowy na nowe wyzwania.  Postanowiłem, że będzie to dzień turystyczny, bez żadnych sentymentów (na to będzie jeszcze czas). 

Mój poranny entuzjazm trochę opadł po kolejnych spotkaniach ze wszystkimi krewnymi i znajomymi Z.  Wiekszosc z nich po raz pierwszy miała okazję poznać małego i myślałem, że to na niego kierować się będą wszystki spojrzenia.  Jednak się myliłem.  Każdy z nadchodzących znajomych, których mieliśmy spotkać w  tradcyjnie polskim miejscu, jak mniemam, jakim jest centrum handlowe Arkadia, najpierw w wielkim popłochu rozglądał się w około, by poźniej z westchnieniem ulgi zauważyć, że na głowie mam zwykła czapkę, a pejsy umiejętnie wcisnąłem za uszy.  Wyglądam normalnie, jak z zadowoleniem zauważyła mama Z.  To ma być normalnie?  To ukrywanie się, przebieranie.  Ale skoro nawet Z mówi, żeby nie denerwować jej rodziców, to ja gotowy  jestem wystąpić nawet w stroju afrykańskim.   

A przecież miało być turystycznie! No więc pierwsze wrażenia:

1. Po wizycie w Arkadii muszę przyznć, że uczeń przerósł mistrza

2. Lazienki podbiły moje serce nawet zimą (a w szczególności trasy łyżwiarskie, które ciągnęły się nawet poza obręb parku i wychodziły na ulice – Mały dawno tak dobrze się nie bawił)."

23:35, zydoweczka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 28 stycznia 2007
Polska według męża – dzień 1.
"Pierwszy dzień naszej podróży do Polski za nami. Dla Z to wyczekiwana podróż do dawnego kraju, dla mnie kolejna wyprawa do kraju gdzie zmierzyć się trzeba z demonami przeszłości.  To nie mój pierwszy raz w Polsce.  Poprzednie wizyty wypadały jednak w środku lata, gdy ulice wypełnione były gwarem, młodzi siedzieli w ogródkach piwnych i wszędzie przesuwały się kolorowe koszulki, czapki, spódniczki.  Przy mojej pierwszej wizycie zdumiała mnie zieleń.  Rację miał Aharon Appelfeld pisząc „Polin, erec jeruka – Polska zielony kraj”.  Podświadomie szukałem wtedy tej szarości, którą znałem z wojennych fotografii i ze współczesnych zdjęć komunistycznych blokowisk.  A zamiast tego przywitała mnie wszechobecna zieleń.  Tym razem było jednak odwrotnie – oczekiwałem lodziarni i roześmianych dzieci, pałaszujących watę cukrową, a znalazłem się pośród szarości.  Gruba warstwa chmur, przybrudzony śnieg i szare twarze ludzi.  Wiatr i deszcz.  I rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz Birkenau.  Wszystko to razem napawa mnie lękiem.  Gdyby nie roześmiana twarz Z. już na lotnisku odwróciłbym się na pięcie i wsiadł z powrotem do samolotu.  A tak jestem tutaj.  Jak mówi Z. powodzenie wizyty zależy tylko od mojego nastawienia.  W związku z tym zaczynam się odpowiednio nastawiać."
23:48, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
sobota, 27 stycznia 2007
Ślub

Ani mój, ani siostry, ale z Izraela i też wzruszający,  zapewne ciekawy dla wszystkich czytających mnie etnografów.  Oglądajcie i badajcie!

 
23:25, zydoweczka
Link Komentarze (16) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Babski wieczór

Czasami robimy sobie ze znajomymi babskie wieczory.   Dzieci zostają pod opieką tatusiów, a mamy spotykają się ma kawie i rozmawiają o dawnych dobrych czasach.  Mimo że nie znałyśmy się w tych „dawnych dobrych czasach”, to zaskakująco podobne mamy wspomnienia.  Czasami aż za bardzo. 

Teraz jesteśmy poważnymi kobietami.  Łączy nas to, że w pewnym momencie porzuciłyśmy świecki styl życia i „powróciłyśmy” do religii.  Poważne kobiety – prawniczki, nauczycielki, tłumaczki i jednoczenie zony i matki.  Wymieniamy uwagi na temat halachy, dodajemy coś do aktualnego czytania Tory. Udaje nam się zwykle utrzymać poważną twarz do chwili, gdy jedna z nas powie:

- A pamiętacie Kurta Cobaina?  On to był przystojny

Koniec wieczoru wygląda tak, że grupa kobiet w długich spódnicach podryguje do muzyki Nirvany.  Tylko cicho! To tajemnica J

01:15, zydoweczka
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
„A z czego wy się utrzymujecie? Z powietrza?”

6 rano.  Dzwoni budzik.  Codzienna przepychanka, kto jest bardziej uprzejmy i pozwoli temu drugiemu skorzystać z prysznica jako pierwszemu : „Nie, ty idź, ja poczekam” z trudem mówię, modląc się w duchu, że mąż rzeczywiście weźmie to za znak uprzejmości.  Niezależnie od tego, kto wygra w konkursie uprzejmości o 6:30 mąż wychodzi z domu na poranną modlitwę, a po niej udaje się do swojego przestronnego beit midrasz, by dzień spędzić na nauce Talmudu.  Ja budzę małego, ubieram go, karmię i wykonuje inne czynności niezbędne do doprowadzenia go do stanu przyjmowalności w żłobku.  Po odprowadzeniu go do żłobka, rzucam się w wir pracy zarobkowej, na którą składają się tłumaczenia wielce zajmujących umów i innych dokumentów niezbędnych do funkcjonowania nawet najmniejszego przedsiębiorstwa handlowo-usługowego (wystawienie dokumentu takiego jak wniosek urlopowy w firmie jednoosobowej i do tego wymagającego tłumaczenia wymaga nie lada zamiłowania do dziedziny powszechnie nazywanej papierologią biurową). 

 

Gdy mały odebrany zostaje ze żłobka, tłumaczka zamienia się w mamę i klawiaturę komputera zamienia na misie i samochodziki.  Lawirując pomiędzy rozrzuconymi zabawkami próbuje przygotować coś w rodzaju posiłków dla małego, bo wiadomo, że obiadem musi zająć się mąż (próbowaliśmy już przejścia na system matczynego gotowania obiadów, ale mały wykazując się zupełnym barkiem delikatności, zamiast przełknąć porcję obiadku, udekorował moimi buraczkami ściany w kuchni, co wymagało natychmiastowego odmalowania kuchni).

 

Gdy mąż wraca do domu późnym popołudniem, student jesziwy zamienia się w tatę i Talmud zastępuje książeczką „Peter the Rabbit”, jednocześnie wykonując rolę kucharza.  Mama przyjmuję wdzięczną rolę sprzątaczki i ewentualnie gońca.  

 

Gdy mały uda się na spoczynek nocny, tata zamienia się w tłumacza. Miarowy stukot klawiatury przerywany zostaje tylko pytaniem „To ile jeszcze do szabatu?”  A o 6 rano...

   

P.S. Ale wszystko to zostaje zawieszone na czas następnego tygodnia, czas naszych wakacji!  A przez ten tydzień blog „Żydóweczka’ zacznie mówić głosem nieco niższym i bardziej zachrypniętym, czyli głosem męża.  Będą to wrażenia z Polski widzianej oczami amerykańskiego - izraelskiego Żyda.

09:14, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
środa, 17 stycznia 2007
Naród księgi

Naród księgi.  Tak nazywają siebie samych Żydzi, po czym dodają z figlarnym uśmiechem „A raczej ksiąg”, bo ksiąg ci u nas naprawdę dostatek.  Mąż uczy się pilnie w swojej jesziwie i półek nam już brakuje na książki.  Całe szczęście, że część pozycji mamy w wersji komputerowej, bo inaczej trzeba by było przeznaczyć na książki część półek w kuchni.

 

Naród księgi.  Wszyscy znamy ten obrazek – mężczyzna w czarnym kapeluszu, przygarbiony siedzi nad rozłożoną książką, chłopiec w jarmułce uczy się pierwszych liter.

 

Mężczyzna, chłopiec.  A gdzie jest kobieta? Też wiemy, widzieliśmy na obrazach w muzeum - na targu, w kuchni, lub właśnie skupiona zapala świece.  Też ma książkę, lecz to już nie księga, a raczej mała książeczka, modlitewnik, z którego codziennie czyta psalmy.

 

Te tradycyjne obrazki powoli jednak odchodzą w przeszłość.  Zbyt powoli, powiedzą jedni.  Za szybko, dodadzą drudzy. 

 

Z jednej strony ultraortodoksi przyczyniają się do zamknięcia seminariów dla ultraortodoksyjnych kobiet, zdobywających tam zbyt świecką edukację.  Z drugiej strony niedostępna kiedyś dla kobiet nauka Talmudu staje się coraz bardziej popularna.  Ortodoksyjne Żydówki pogłębiają wiedzę w dziedzinach kiedyś dla nich niedostępnych. 

 

U nas na półce znalazło się miejsce na traktat Kiduszin, z moimi notatkami, i na inne książki, które niezbędne mi były w nauce w szkole Nishmat.  Wtedy mąż buszował na targu i gotował w kuchni, a ja do późna starałam się zrozumieć co Raw Hisda miał na myśli.

 

Mimo tych wszystkich dużych ksiąg, mały modlitewnik wciąż leży na moim nocnym stoliku.  Niektóre strony są zupełnie niezniszczone, inne mają zagięte rogi i przybrudzone krawędzie.  Ta mała książeczka towarzyszy mi wszędzie.  To zapis mojej prywatnej rozmowy z Haszem. 

 
09:33, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
"Patataj, patataj..."

Klamka zapadła.  Bilety kupione, rezerwacje zrobione – wybieramy się w odwiedziny do kraju, gdzie przybyłych wita się chlebem i solą (dziewcząt w strojach krakowskich na lotnisku nie oczekujemy).  I jak zwykle muszę odpowiadać na setki pytań znajomych, którzy na ogół zapominają skąd jestem i dopiero teraz przypominają sobie i czują nieodpartą potrzebę pytania o wszystko (między innymi, czy zabrałam ze sobą puchową kurtkę – wyjaśnienia, że w Polsce teraz temperatury wiosenne na nic się zdają). 

 

Tegoroczna wizyta będzie jednak trochę inna, a to za sprawą tego blogu właśnie.  Świadomość, że jest tylu ludzi, którzy nie przestraszyli się tej dosyć prowokacyjnej nazwy „Żydóweczka” i zamieścili linka na swojej stronie, że jest tylu, którzy nie szczędzą ciepłych słów, i że komentarze (w ogromnej większości) są bardzo ciekawe (szkoda, że nie znajduję czasu by na nie tak samo ciekawie odpowiadać) sprawia, że przyjeżdżamy jacyś tacy bardziej radośni.

 

Więc stanę teraz na scenie, obciągnę spódnicę i poprawię czapkę na głowie i krzyknę na cały głos: „Dziękuję” po czym prześlę całusa na cztery strony świata.  Cieszę się, że mnie czytacie.

09:17, zydoweczka
Link Komentarze (30) »
niedziela, 14 stycznia 2007
Marzenia

Marzy mi się taki dzień, w którym małe państewko na Bliskim Wschodzie nie będzie się pojawiać na pierwszych stronach gazet.  Marzy mi się taki dzień, w którym nikt nie będzie mi mówił, co jest moralne, a co nie, w kwestii obrony mojej rodziny.  Marzy mi się taki dzień, w którym spóźnienie mojego męża przywoła mi obrazy z filmu Unfaithful, a nie rozerwane wybuchem autobusy.  Marzy mi się taki dzień, w którym będę mogła pisać o swoim codziennym życiu, nie prowokując komentarzy o faszystowskim państwie.  Marzy mi się taki dzień, w którym będę oceniana za to co robię, a nie przez pryzmat tego, gdzie mieszkam i w jakim języku się modlę.

 

Ach, te marzenia....   

 
11:16, zydoweczka
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Wspomnienie lata

Brakuje Wam letnich owoców?  Zapraszam więc na wycieczkę na jerozolimski szuk.

 

 

 

 

 

 

 
1 , 2