Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
czwartek, 22 lutego 2007
Widok z okna

A oto widok z okna oddziału pediatrii...

09:53, zydoweczka
Link Komentarze (55) »
środa, 21 lutego 2007
Bikur Cholim, czyli jeśli chorować, to tylko w Izraelu

Choroba, wiadomo, nie wybiera.  Nasz mały mimo, że jest jeszcze taki malutki (a gdy jest chory, to wydaje się jeszcze mniejszy, tyciuteńki, Pan Maluśkiewicz po prostu), to zwiedził już pewnie więcej szpitali niż niejeden podróżnik.  Z mężem podejrzewamy ze może to być jego hobby – jedni podróżują zwiedzając zamki, inni toalety, a jeszcze inni szpitale.

 

W Polsce zacumowaliśmy na chwilę w w szpitalu na Niekłańskiej w Warszawie.  I nie, wcale nie będę opisywać, jak okropna jest polska służba zdrowia, żadnych czekoladek, ani wzorzystych kopert nie musieliśmy dostarczać, a opieka była godna pozazdroszczenia.  Dopiero jednak, gdy odwiedziliśmy szpital w Jerozolimie, zdaliśmy sobie sprawę, czego nam tam brakowało.  Odwiedzin!  Wszyscy, gdy dowiedzieli się, że mały jest w szpitalu nagle zapomnieli, że przyjechaliśmy w odwiedziny.  Żadnych telefonów („no, wiecie baliśmy się, że go obudzimy”), pięciominutowe wizyty najbliższych i to wszystko.

 

W Izraelu nie mamy bliskiej rodziny.  Tylko mąż może pochwalić się dalekimi kuzynami, którzy jednak mieszkają na drugim końcu kraju.  A jednak poczucie pustki i zwątpienia wcale nas tu nie dopada.  Odwiedzają nas bliżsi i dalsi znajomi, wypychają do domu, żeby odpocząć („my się zajmiemy małym, przecież to żaden problem”, przynoszą posiłki i wypytują jak się pacjent miewa.) 

 

Bikur cholim to obowiązek odwiedzania chorych.  Zdawać się by mogło, że to coś najbardziej naturalnego, że nie trzeba przykazań, żeby przypomnieć ludziom, że chorzy potrzebują specjalnej uwagi.  Okazuje się jednak, ze nie jest to takie oczywiste – wiadomo, praca, kursy, spotkanie z klientem, zrozumiecie, prawda?

 

 Oczywiście, że rozumiemy, też pochodzimy ze świata, gdzie praca jest priorytetem, gdzie nie ma miejsca na słabości, i gdzie trzeba pracować nad samorozwojem.  Rozumiemy, oczywiście, dopiero jednak w szpitalu w Jerozolimie zdaliśmy sobie sprawę, że pustka i smutek, które odczuwaliśmy w Polsce, nie są koniecznością.  Można też inaczej.  Potrzeba do tego tylko odpowiedniego walnięcia w plecy i subtelnego ukierunkowania, takiego jak przykazanie Bikur Cholim na przykład.  Polecam.

P.S. Jak tylko sytuacja sie unormuje sprobuje odpowiedziec na wasze pytania w komentarzach.  Brak mojej reakcji nie oznacza jednak, ze komntarze nie sa mile widziane. 

13:51, zydoweczka
Link Komentarze (24) »
sobota, 17 lutego 2007
Lo!!!

Mały mówi coraz więcej.  Niestety, coraz częściej jego twarzyczka przybiera charakterystyczny wyraz, a z ust wydobywa się dobitne „lo” czyli po hebrajsku „nie”.  Zaciśnięte usta, zmarszczony nos i śmiesznie groźny wyraz oczu dają mamie do zrozumienia, że żadne negocjace nie wchodzą w grę.  Z „nie” można jeszcze podyskutować, „no” daje jeszcze jakieś nadzieje na porozumienie, ale „lo" brzmi tak groźnie, że nie warto w ogóle wchodzić w jakiekolwiek dyskuje. „Lo!!!”

  

Maly mówi coraz więcej i po polsku i po angielsku.  Podobno w żłobku radzi sobie nieźle po hebrajsku, ale w domu nigdy nie używa tego języka, oprócz właśnie „lo”.  I nie jest to byle jakie „lo”, ale „lo z wykrzynikiem, albo nawet dwoma. 

  

Mały już w wieku dwóch lat doskonale wychwytuje to, że po hebrajsku mówi się bardziej eksprsyjnie, że zwykła rozmowa dla niewytajemniczonego wygląda jak kłótnia.  Po hebrajsku trzeba być głośnym, żeby być usłyszanym.  I takie „lo” dla małych uszu dwulatka znaczy dużo więcej niż spokojne „nie” czy „no”. 

 

Takiego „odpowiedniego” tonu głosu uczymy sie z mężem od kilku lat i mimo niewielkich sukcesów, wciąż daleko nam do Brachy ze żłobka.  Ćwiczymy jednak dzielnie, głównie poprzez rozmowy z konsulatatami lini telefonicznej naszego banku.

  

Smiejąc się z zabwnej miny małego, w głebi duszy wiemy,  że rośnie nam w domu prawdziwy sabra*.  No, przecież o tym marzyliśmy przeprowadzając się do Izraela.  Tylko jak my sobie poradzimy z Izraelczykiem w domu?! J

  

* sabra (owoc kaktusa) to określenie na Izraelczyków urodzonych w Izraelu, którzy tak jak owoc, z zewnątrz maja byc „kłujacy”, a wewnatrz „słodcy i delikatni”.  Takie owoce widać na zdęciu u gory blogu, co Pan Cygaro kiedyś zauważył i zaptał, czy przypadkiem ja nie zbyt optymistycznie się prezentuę.  Teraz odpowiadam: „To nie o mie, to o moim potomku” J

20:54, zydoweczka
Link Komentarze (17) »
czwartek, 15 lutego 2007
Lenistwo

Siedzę sobie przy stoliku z kubkiem gorącej, nieizraelskiej herbaty w ręku (teraz pewnie już wszyscy wiedzą, ze picie herbaty w Izraelu bez wykazywania żadnych objawów choroby równoznaczne jest z przyczepieniem sobie do piersi znaku ‘Jestem imigrantem!”) i cieszę się, że wszystko powoli wraca do normy.  Mąż znów zakopał się w książkach i idąc na poranną modlitwę znowu wesoło powiewa pejsami (powoli już dochodzi do siebie po afroncie jaki spotkał go ze strony mojej mamy, która niezbyt delikatnie zasugerowała, że powinien nieco „odizraelczyć” swój wygląd.  A swoja drogą to ciekawe jakie interesujące słowa przychodzą ludziom do głowy, aby tylko nie użyć tego brzydkiego wyrazu na „ż”).  Mały znów ćwiczy hebrajskie nazwy zwierzątek i poznaje ich tajemna mowę (z izraelskim psem na przykład nie dogadasz się ani przez „hau, hau”, ani „woff woff”, bo on tylko „haw haw” uznaje).  A ja siedzę sobie i zamiast wnikać w tajniki systemu zarządzani jakością ISO i zamiast wysilać umysł by znaleźć odpowiednie hebrajskie odpowiedniki na harmonogram audytów i kartę działań korygujących i zapobiegawczych, piję herbatę i wodzę wzrokiem za koroną palmy, która za oknem kołysze się na wietrze.   

 

Dobrze się stało, ze odpoczęliśmy trochę od tej naszej codzienności.  I co najważniejsze ostatni wyjazd znów pomógł mi odegnać głupie myśli w stylu „A może by tak spróbować żyć gdzie indziej…”.  Uprzedzając pytania moich komentatorów dodam, że nie jest to bynajmniej odczucie antypolskie.  Podobnie czuje się bowiem po odwiedzinach u rodziny męża w USA.  I nie chodzi tutaj o nacjonalizm, umiłowanie ziemi Izraela, czy śpiewanie Hatikwy.  Chodzi po prostu o lenistwo.  Ile energii potrzeba, gdy zakupy zamieniają się w polowanie na koszerne produkty, gdy szabat równa się odmawianiu znajomym na propozycję wyjścia do kina, gdy najbliższa synagoga jest na drugim końcu miasta, albo w ogóle na drugim końcu Polski, i gdy trzeba wciąż tłumaczyć małemu, dlaczego nie może zjeść z kuzynami w McDonaldzie?  Uff.  Jaki spokój.  Nasz szabat to tutaj ustawowo dzień wolny od pracy, nie trzeba się gimnastykować, aby przekładać spotkania czy zajęcia.  W sklepie na rogu cała gama produktów ze znakiem koszerności BADAC, a handlowcy zamiast zacierać ręce na Walentynki zacierają ręce na Purim.  Bracha w żłobku uczy piosenek o królowej Ester a nie o karnawale.  Ja w takiej sytuacji mogę sobie pozwolić na słodkie lenistwo (do chwili oczywiście, gdy zadzwoni telefon i pan podniesionym głosem zacznie dopytywać się o ISO, kupiony jogurt okaże się przeterminowany, a mąż zadzwoni, że musimy jeszcze dzisiaj odwiedzić w szpitalu żonę Mordechaja, Ariela, Jonatana czy Tzachiego, która wczoraj wieczorem powiła bliźniaki.  Ale to dopiero za chwilę).

08:17, zydoweczka
Link Komentarze (21) »
niedziela, 11 lutego 2007
Powolny powrót do normalności

Jesteśmy już tu.  To znaczy tam.  Z jednego „tu” przenieśliśmy się do „tam”, które stało się „tu”.  Z domu wyjechaliśmy do domu, a teraz wracamy do domu.   

Kilka dni temu z ekscytacją powitałam mroźne powietrze, które uderzyło nas w twarze już na parkingu lotniska.  Teraz z podobnym podnieceniem wciągnęłam w płuca wilgotne nawet w zimie powietrze Tel Awiwu.  Wtedy rozczuliło mnie zupełnie zachmurzone niebo, które rzadko spotyka się w Izraelu.  Teraz nie mogłam się nie uśmiechnąć, patrząc na lazurowe niebo bez jednej chmurki.  Wtedy z wielką ciekawością zajrzałam do papierowych wydań gazet, teraz z zachłannością rzuciłam się na pozostawiony przez poprzedniego pasażera Haaretz.  Tak,wiem, nie było tam nic nowego, bo przecież każdy dzień rozpoczynamy od czytania wiadomości w wersji elektronicznej, ale to nie to samo.  Papierowa gazeta w której czytasz o zdarzeniach, które bardzo dobrze rozmumiesz, zapach farby drukarskiej, który z jakichś powodów jest inny w każdym kraju, świadczą o tym, że rzeczywiście jesteś „tu”.  Nie czytasz o „tu” stamtad, ale jesteś cześcią tego, o czym czytasz.   

Hummus i sałatka z pomidorów i ogórków na śniadanie za kilka dni znów staną się zwyczajnością.  Niebieskie niebo i nieuprzejma pani w supermarkecie.  Szabat bez żadnego samochodu i wezwanie do zapłacenia rachunku za prąd, który został dawno już zapłacony.  Na razie jednka wciąż cieszę się tymi szczegółami izraelskiej codzienności, by za parę dni znów zacząc tęsknić za chmurami i ogrzewaniem rąk przy kominku.  Będe wtedy wiedziała, ze wszystko powrociło już do normalności.

09:34, zydoweczka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 06 lutego 2007
Sprostowanie

"Z niektórych komentarzy wnioskuję, że odnieśliście wrażanie, że pobyt w Polsce był dla mnie koszmarem, a to nieprawda.  Jest wiele rzeczy, które naprawdę mnie ujęły w waszym kraju:

- to, że gdy przychodzi się do kogoś w odwiedziny, to dom błyszczy tak, jakby szorowano go przez kilka ostatnich dni (nie uwierzę, że Polakom nigdy nie zdarza się porzucić w przedpokoju skarpetki lub zapomnieć odstawić szklanki do zmywarki)

- parki i lasy

- ilość księgarni, która pewnie po przeliczeniu na jednego mieszkańca jest jedną z najwyższych na świecie

- to, że nie spotkałem się z żadnym wyrazem antysemityzmu (no, z wyłączeniem może jednego komentarza do poprzedniej notki)- bazary, w środku miasta

- prawdziwe zainteresowanie moją skromną osobą J

No i jeszcze wiele innych rzeczy, o ktorych nie bede wspominac, zebyscie przypadkeim nie pekli z dumy. :)"

17:37, zydoweczka
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 05 lutego 2007
Macewy w ZOO czyli dzień 8.

"W niedzielę mały wyciągnąl nas do ZOO.  Chodziliśmy sobie od ptaszarni do słoniarni (gdzie między innymi spotkaliśmy naszego ziomka – słonia z Tel Awiwu), po drodze goniąc pawie.  Właśnie za takim pawiem pobiegł mały, ciągnąc mnie za rękę.  Gdy razem wbiegliśmy na trawnik nagle stanąłem jak wryty. Alejka oddzielona została od trawnika porośniętymi mchem kamiennymi płytami, a na płytach coś przykuło mój wzrok – były to hebrajskie litery.  Po chwili zdałem sobie sprawę, że stoimy na płytach nagrobnych, z których ułożony został kamienny krawężnik.  Tak, ja wiem , rozumiem, nie tylko powstanie w getcie, ale też Powstanie Warszawskie, nie tylko żydowskie ofiary ale i kaźnie Polaków.  Niech tylko ktoś mi wytłumaczy, jak to możliwe, że w stolicy bądź co bądź europejskiego państwa, w ogrodzie zoologicznym, który jak by na to nie patrzeć jest instytucją publiczną, nikomu nie przeszkadza, że dzieci z balonikami biegają po macewach. Widocznie jestem jakiś dziwny, bo ja jakoś tego nie mogę zrozumieć." 

21:27, zydoweczka
Link Komentarze (29) »
niedziela, 04 lutego 2007
Polska według męża – dzień 4. - 7.

"Dni galopoują z niezwykła szybkością, i zarówno ja, jak i mój tłumacz nie wypełniamy narzuconego sobie zadania i nie piszemy tyle, ile obiecaliśmy.  Wstyd, wstyd, wstyd.  Wiemy i się korzymy.  

Czwarty dzień był dniem antyturystycznym, co nie znaczy, że nie skłonił mnie do myślenia.  Prawdę mówiąc ja zdecydowanie wolę to nieturystyczne zwiedzanie – zamiast zamków, zajrzeć do sklepu spożywczego, zamiast spaceru po reprezentacyjnym parku miasta, usiąść na skwerku i poobserwować matki z dziećmi. 

 Trasa naszego  antyturystycznego dnia wiodła nas uliczkami o prowokujących dla mych uszu nazwach – Miła, Gęsia i Nalewki.  Musieliśmy wskoczyć do sklepu fotograficznego, który znajdował się w niezwykłej bliskości Umschlagplaztu.  Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest mieszkać, uczyć się, chodzić do sklepu w tak bezposredniej bliskości miejsc, ktore kilkadziesiąt lat temu były częścią Zagłady.  Czy idziesz sobie po bułki i myślisz :"o, tutaj za tym rogiem Mordechaj Anielewicz popełnił samobójstwo, a tutaj wywożono tysiące ludzi na śmierć", czy raczej idziesz po te bułki i myślisz, że te wrzeszczące dzieciaki z Izraela blokują ci drogę, czy może myślisz tylko o tym, że jest kolejka po bułki, a sklep fotograficzny zamknięty.  Czy ludzie, którzy mieszkają w tych nowych domach, wiedzą, że mieszkają w dawnym getcie.  A jeśli nie wiedzą, to gdyby wiedzieli, czy wciąż chcieliby tutaj mieszkać?  A gdyby nie chcieli, to dlatego, że głupio mieszkać w „żydowskim” miejscu, czy przez pamięć o tych, kórych już nie ma?  Z. mówi, że w pewnym sensie cała Polska jest cmentarzem i że było tu tyle wojen, że gdyby się o tym wciąż myślało, to można by zwariować.  Z drugiej strony jednak, to nie odlegla przeszlosc.   

Ostatnie dni i szabat spędziliśmy poza Warszawą, odwiedzając miejsca dalsze i bliższe.  Świetnie się bawiliśmy i spotkaliśmy się z życzliwością i symaptią ludzi (może dlatego, że w odróżnieniu od grup z Izraela nie obwijaliśmy się we flagi izraelskie).  Szabat natomiat był prawdziwym wyzwaniem, bo wbrew temu, co nam obiecano, nic nie było pzystosowane dla tych, którzy przestrzegają szbatu.  Z drugiej strony miało to jakiś urok, bo myślałem, że tak kiedyś musiano obchodzić szabat, bez tych wszystkich udogodnień najnowszej techniki .  A poza tym wierzę, że kidusz w miejscu gdzie już nie słyszy się tej melodii, ma jakieś wyjątkowe znaczenie.  Ja mowie kidusz w wymowie sefardyjskiej, tak jak mówią współcześni Izraelczycy.  Umiem jednak zmawiać go też w wymowie aszkenazyjskiej, nauczył mnie tego dziadek dawno, dawno temu, którego rodzina pchodziła z Polski właśnie.  I w ten wieczór poczułem taką niezwykła potrzebę powiedzenia go tak jak dziadek.  Zwykle i Z i ja wyśmiewamy się z siebie nawzajem, gdy wpadamy w zbyt daleko posunięty sentymentalizm.  Tym razem Z milczała.  Czasem warto pozwolić sobie na odrobinę kiczowatej ckliwości, bo to był naprawdę niezwykły moment.  Dobrze, że tu przyjechaliśmy." 

00:04, zydoweczka
Link Komentarze (20) »