Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
wtorek, 31 października 2006
Po drugiej stronie / On the other side

Zachodni Brzeg Jordanu to miejsce, gdzie przeciętny turysta nie zagląda.  To miejsce, gdzie mieszkają  pejsaci osadnicy uzbrojeni po zęby.  To miejsce, gdzie gniewni Palestyńczycy  maszerują w pochodach i krzyczą „śmierć Izraelowi”.  To miejsce, gdzie ideologia skłania ludzi do podejmowania irracjonalnych decyzji.  To miejsce znane wszystkim dobrze z pierwszych stron gazet. 

Dzisiaj jednak spójrzcie na jedno małe, legalne osiedle w dolinie Jordanu.  Bez politycznych komentarzy, bez przedstawiania swoich racji, weźcie głęboki oddech i poczujcie ten spokój. 

.......................................................................................................... 

West Bank.  This is a place where an average tourist never gets to.  This is where armed settlers with side locks live. This is where angry Palestinians march and yell “Death to Israel”.  This is where an ideology makes people take irrational decisions.  This is a place which all of us know from newspaper front pages.

 

Today, however, look at one little legal settlement in the Jordan Valley.  Without political comments, without presenting your arguments just take a deep breath and feel this serenity.

.

.

.

widok / view

.

.

.

.

drzewa / trees

.

.

.

.

kamienie / stones

.

.

.

.

domy / houses

.

.

.

.

kaktus / cactus

.

.

.

.

 

zachod / sunset

P.S. Bardziej zdjęciowy charakter blogu zawdzięczacie sugestiom Pana Cygaro 

 .................................................................................................. 

P.S.  This is Pan Cygaro to blame for more photos on this blog because he is the one who suggested it J

08:45, zydoweczka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 29 października 2006
Babcia z opowiadan Hanny Krall

Moja babcia zawsze wydawała mi się mało użyteczna, gdy przyszło do pisana wypracowań o dziadkach lub o wojnie.   Na moje pytania zawsze odpowiadała: „To były ciężkie czasy”, po czym następowało głębokie westchnienie i to był koniec rozmowy.  Na moje pytania, ilu Niemców zabiła, albo czy znała Rudego, nie mówła nic, albo przecząco kręciła głową.  I jak tu napisać wypracowanie, gdy jedynym materiałem badawczym jest zadanie: ”To były ciężkie czasy”? 

Nie wiem dlaczego pewnego dnia zdecydowała się podzielić ze mną swoimi przeżyciami wojenymi.  To był zwykły dzień, ani specjalnie słoneczny, ani deszczoy.  Wpadłam do niej w drodze powrotnej z uniwersytetu podekscytowana jakimś nowym projektem Usiadła obok mnie, skrzyżowała ręce na piersiach, jak miała to w zwyczaju i powiedziała:

„A wiesz, że ja umiem powiedzieć Zdrowaśkę.”

„Zdrowaśke?”  Nie miałam pojęcia o czym ona mówi

„Zdrowaś Mario..” wyrecytowała.

„Nie rozumiem, chcsz powiedzieć, że byłaś kiedyś katoliczką.”„Przez jakiś czas. Ale przed tem byłam ..” zawachała się przez chwilę „... byłam Żydówką.”

Nie rozumiałam, o czym w ogóle ona mówi.

Babcia zaczęła opowiadać.  Mówiła – o rozstaniu z rodzicami, o rodzinie, która się nią wspaniale opiekowała, dopóki jej tatuś (tak mówiła, tatuś) żył, a potem gdy pieniądze przestały przychodzić, przestała wykazywać chęć dalszej opieki.  A potem o tym jak była w lesie i o innej rodzinie, katolickiej, kóra pozwoliła jej zamieszkać w stodole, nauczyła kilku modlitw i karmiła aż do końca wojny.   

Im dłużej mówiła tym bardziej wydawało mi się, że to jakaś opowieść literacka, wtórna już nie co, bo przecież znamy setki takich opowieści.  Nie mogłam przestać myśleć, ze to brzmi zupełnie jak opowiadanie Hanny Krall, że nie ma w tym niczego nowego i po co on w ogóle mi to mówi.   

Gdy wróciłam do domu, otworzyłam jedną z książek Krall i zaczęłam czytać.  Był tam ten sa ból, to samo zrezygnowanie, ta sama chęć zapewnienia dzieciom lepszej przyszłości.  No dobrze, myślałam, wysłuchałam, przeczytałam, wzruszyłam się i chcę już odłożyć książkę i iść spać.  Jednak nie mogłam zasnąć.  Nie mogłam spać przez całą noc i miałam wątpliwości czy kiedykolwiek będe mogła spać.  Przecież takiego czegoś nie da się zapomeć.  Babcia tak bardzo próbowała wcisnąć swoje wspomienia w zakamarki pamięci, upchnąć tak głeboko jak tylko mogła, ale na nic to się zdało  Teraz, po tylu latach milczenia, siedzi przede mną i opowiada, a ja słucham.  Teraz ja mam mieć trudności z zasypianiem.  Teraz ja mam pamiętać. 

………………………………………………………………………………………….

  

My grandma always seemed pretty useless when it came to writing essays on grandparents or the war.   When I asked, she would always say “These were difficult times” and sigh and this was the end of the story.  My questions like how many Germans she killed or if she knew Rudy, one of the war’s young heroes she wouldn’t answer or would just shake her head.  How was I supposed to write essays when my only research material consisted of a sentence “These were difficult times”?

 

I don’t know why one day she decided to share her war experiences with me.  It was an ordinary day, neither very sunny nor rainy.  I dropped in for a visit on the way back from the university, excited about some new project.

 She sat next to me, folded her arms on her chest as she used to do and said:

“You know that I know how to recite the Hail Mary prayer?”

“Hail Mary?” I had no idea what she was talking about

“Hail Mary… “ she started reciting“I don’t understand.  You want to say you were Catholic once?”

“For some time.  But before that ..” she hesitated for a second “before that I was Jewish.”

I didn’t understand what she was talking about.

She started to tell me her story.  She talked about the time she’d said goodbye to her parents, about the family who’d taken a great care of her until her daddy (that’s what she said “daddy)” was alive and then when the money stopped coming wasn’t interested in providing care anymore.  She talked how she’d stay in the woods and about a different family who’d let her stay in their barn, taught her a few prayers and gave food until the end of the war. 

The more she talked, the more I had an impression that she’s just telling me a fictional story, and not so original by the way.  We know hundreds of stories like that.  I couldn’t stop thinking that it sounds exactly like a Hanna Krall’s story, that there isn’t anything new in it and why is she telling me this at all?

 

When I got back home I opened one of Krall’s books and started reading.  I found there the same pain, the same despair, the same desire to give a better future to your children.  Fine, I thought, I listened to the story, I read it, I’m touched and now I want to put the book back on the shelf.  Well, I couldn’t.  I couldn’t sleep the whole night and I doubted if I’d ever be able to sleep again.  How could I forget?  My grandma tried so hard to store all her memories at the back of her head, pushed it in there as hard as she could, but obviously it didn’t help.  There she was telling me the story and there I was listening to it.  And now I can’t sleep, now I have to remember.

20:25, zydoweczka
Link Komentarze (37) »
czwartek, 26 października 2006
Jak ja to wytrzymuję, czyli dlaczego nie jest tak strasznie, jakby się mogło wydawać

"Jak ty w ogóle tak wytrzymujesz?" pytają niektórzy, mając na myśli mój strój czyli długą spódnicę i czapkę lub kapelusz.  "To straszne" dorzucają, uwazajac moje ubranie za niepokojaco radykalne.   

Mogę zrozumieć komentarze osób odwiedzających mój blog, bo przecież nie wiedzą kim jestem i może czują, że muszą mi otworzyć oczy na fakt, że znalazłam się w patriarchalnym układzie, jestem wykorzystywana przez męską część populacji, która to część narzuca mi ten śmieszny strój i że jedynym moim ratunkiem jest spuszczenie kapelusza w toalecie i chodzenie do pracy w kostiumie kąpielowym. 

Nie mogę jednak wybaczyć takich komentarzy tym, którzy mnie znają, tych z którymi złościłam się na nierówne płace, oburzałam się  na poniżające traktowanie kobiet, z tymi którymi protestowałam przeciw seksistowskim reklamom.  Wszyscy ci, którzy wraz ze mną wyśpiewywali słodką pieśń o tolerancji, nie mają teraz wystarczająco dużo przyzwoitości, by się zatrzymać i pomyśleć chwilę. Bo każdy inteligentny człowiek w takiej sytuacji doszedłby do wniosku, że wydarzyła się jedna z dwóch rzeczy – albo dostałam kompletnego pomieszania zmysłów, albo uważam, że taki specyficzny strój nie jest wcale wyrazem dyskryminacji i mi nie przeszkadza.  W tym pierwszym przypadku współczujący znajomi powinni szybko skontaktować się ze znajomym psychiatrą i umówić mnie na wizytę. W drugim natomiast wypadałoby usiąść i zadać rzeczowe pytania.  Wszyscy jednak wybierają trzecią opcję, czyli zakładają, że cofnęłam się w rozwoju do wieku, gdy moim największym marzeniem było posiadanie różowych pantofelków i ślub z Kenem.  Z politowaniem pytają : "Jak ty tak możesz?" 

A mogę.  Przyznaję, że na początku wizja mnie samej, przestrzegającej głupich zasad dotyczących ubioru, powodowała lekki niepokój.  Myślałam wtedy, że strój nie ma nic wspólnego z tym, czy jem koszernie, czy przestrzegam szabatu i czy wypełniam inne przykazania zapisane w kodeksie prawa żydowskiego.  Pokażcie mi gdzie jest napisane, że spódnica ma zakrywać kolana, gdy się siedzi?  Gdy opadły emocje okazało się, że chodzi o skromność (gdy nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o skromność).  A istnieje tyle definicji skromności, ile odłamów w judaizmie.  I w końcu skromność staje się słowem wytrychem dla uniformizacji.  Ubieramy się tak, a nie inaczej, bo tak rozumiemy skromnosc. Po tym nas rozponasz.   

A ja nie chciałam być rozponawana.  W końcu, co to kogo obchodzi, co ja jem na śniadanie.  Chciałam być neutralna, zachować swoją prywatność.  W Izraelu nie można być jednak neutralnym.  Założysz jeansy i T-shirt – od razu przyczepiają ci etykietkę świeckiej, mężczyzna założy jarmułkę, a nie ma brody – znaczy się niereligijny tradycjonalista, masz powiewną chustkę na głowie, to znaczy że jesteś przeciw wycofaniu się Izraela z Gazy.  Sama łapię się na tym, że mówię do męża "Popatrz, tak ubrana, a prowadzi koszerny dom, dziwne".  Przykrywam włosy, bo są nieskromne?  Skoro tak, dlaczego dzień przed ślubem mogłam nimi zarzucać bezkarnie, a teraz nie mogę?  Jak widać, to bardziej kwestia statusu i przynależności.   

Dlatego ostatecznie poddałam się ogólnemu trendowi i mimo że osobiście uważam, że nie ma nic złego w noszeniu damskich spodni (bo nie można tu mówić o noszeniu ubrań płci przeciwnej, które nie jest dozwolone, jako że spodnie takie są zrobione specjalnie dla kobiet) to ubieram się tak, jak przystało na religijną mężatkę.  Wolę, żeby zakładano, że przestrzegam szabatu, niżby myślano że jadam cheesburgery w rosyjskiej dzielnicy.  Jest to też wyrazem troski o innych, bo nie nadwyrężam wtedy mięśni starszych pań, które na przystanku podchodzą do niereligijnych dziewczyn, dając im świeczki do zapalenia w szabat.  O mnie mogą być spokojne.  Ja  znam już reguły gry. Podjęłam je świadomie  i wcale nie czuję, że są wyrazem mojej dyskryminacji.  Jako mężatka muszę przykrywać włosy, mąż jako mąż musiał zapuścić brodę.  No i on też musiał pozbyć się swoich slipów kąpielowych Speedo.  Jestem pewna, że bywalczynie plaż jeszcze teraz mdleją na samo wspomnienie...

17:26, zydoweczka
Link Komentarze (32) »
środa, 25 października 2006
W Tel Awiwie słońce też zachodzi pięknie

O ile Jerozolima jest symbolem religijnego Izraela, Tel Awiw to centrum życia świeckiego - dla jednych to „gniazdo rozpusty”, dla innych miejsce, gdzie trzeba po prostu być.  W Tel Awiwie mieszkają Hila i Tomer, nasi znajomi jeszcze z czasów danego życia.  Dawnego życia tzn. z czasów gdy ja przyjeżałam do Tel Awiwu w koszulce na ramiączka, by miło spędzić czas na najmodniejszej ulicy miasta.  I mimo że nasze drogi trochę się rozeszły, wciąż jesteśmy w kontakcie.  Stray dobry Skype jest nam w tym bardzo pomocny. 

Wczoraj wieczorem wpadliśmy do nich na chwilę.  Hila i Tomer mieli akurat gości, starych znajomych z czasów, gdy byli jeszcze w wojsku.  Jedni siedzieli rozparci na fotelach, inni leżeli na podłodze, a ich wycięte bluzki odsłaniały bardzo popularne w Izraelu, a niezgodne z tradycją żydowską, tatuaże. Gdy weszliśmy – ja z przykrytymi włosami, mąż w jarmułce - wszyscy spojrzeli się na nas z takim zdziwieniem jakby fakt, że w mieszkaniu Hili i Tomera może pojawić się ktoś tak archaiczny, był poza wszelkim prawdopodobieństwem.  I mimo że niezaprzeczalnym faktem było to, że staliśmy w drzwiach, to zdziwienie znajomych było jak najbardziej uprawnione, bo szansa na to, że w mieszkaniu kogoś w północnym Tel Awiwie pojawi się taka rodzina jak nasza jest bliska zeru.   

Religijni i świeccy żyją obok siebie, często w mieszanych dzielnicach i nie wiedzą o sobie zupełnie nic.  Często mówi się o tym, jak to nie ma żadnego porozumienia pomiędzy arabskimi i żydowskimi mieszkańcami Izraela, ale prawda jest taka, że stosunki religijnych i świeckich wcale nie są lepsze.  Religijni mają za złe świeckim to, że nie pozwalają im życ według Tory, świeccy nie cierpią religijnych za to, że zmuszają ich do życia według Tory.  Wokół tego wszystkiego narosło już tyle stereotypów i uprzedzeń, że nie ma miejsca na takie zwykłe znajomości.  To sie po prostu nie zdarza.  Dwa różne światy oddalone od siebie o 50 kilometrów. 

Mimo wszystko Hila i ja wciąż się przyjaźnimy.  Chodzimy razem do resturacji w innej dzielnicy, gdzie obok nazwy umieszczony jest baldziutki napis „koszerne” (taki napis w Tel Awiwie może niektórych odstraszać).  Rozmawiamy o tym, o czym romawialiśmy wcześniej, o literaturze, polityce, o Polsce i Izraelu.  Hila nie boi się mojej czapki, a ja nie boję się jej tatuażu.   

Rozmowa z byłymi żołnierzami jednak się nie kleiła.  Już po chwili zaczęli znacząco ziewać i wspominać coś o meczu w telewizji.  Już wszyscy mieli się rozejść, gdy nagle ktoś zawołal nas na balkon, żebyśmy popatrzyli na zachód słońca.  Wszyscy wyszli popatrzeć, a słońce powoli chowało się za horyzont.  W Izraelu słońce zachodzi w tempie ekspresowym – ledwo zdążymy zauważyć, że czerwieni się na niebie, już znika za horyzontem.  Rzadko więc udaje się dostrzec tę chwilę, gdy niebo mieni się wieloma odcieniami żółci i czerwieni.  I gdy tak staliśmy wszyscy na balkonie nie mogłam się powstrzymać od tej banalnej  myśli, że wszyscy, z tatuażem czy bez, zamarliśmy w podziwie.  I że to samo słońce zachodzi teraz w mojej dzielnicy i może ktoś w jarmułce na głowie zatrzymał się zauroczony.  Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten banał, bo tuataj wcale nie jest taki banalny.

A słońce naprawdę zachodziło pięknie...

zachod 1

.

zachod 2 
09:42, zydoweczka
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 23 października 2006
Prawdziwe życie, czyli gdzie najlepiej robić zakupy

Zakupy najbardziej lubię robić w pobliskim centrum handlowym.  Wjeżdżam sobie z wózkiem na odpowiednie piętro,  rzucając po drodze okiem na nowe kolekcje, dochodzę do supermarketu, gdzie wita mnie kojąca muzyka i powoli przechadzam się po alejkach, pomiędzy cukrem, a mąką.  Wszyscy są bardzo uprzejmi i nawet pan w ciemnych okularach, którego zadaniem jest upewnienie się, czy niczego nie wkładam ukradkiem do kieszeni, robi to bardzo dyskretnie. Gdy proszę panią, by kolejny raz wymieniła mi awokado, bo to jakoś zbyt twarde, pani z wymuszonym uśmiechem bierze ode mnie awokado i niemalże biegnąc, przynosi nowe.   

Mąż nie cierpi robić zakupów w centrum handlowym. Twierdzi, że gdyby chciał spotykać się z paniami, które premię dostają za jakość uśmiechu, to nie ruszłby się ze swojego rodzinnego miasta.  Mąż uwielbia robić zakupy na szuku, czyli na tragu.  Szuk można zlokalizwać bez trudu w większości miast, podążając drogą naznaczoną pustymi kartonami, resztkami owoców i plastikowymi torebkami.  Im więcej kartonów, tym bliżej jesteśmy celu. A gdy jesteśmy już w niewielkiej odległości targu, drogowskazem stają się zapachy dojrzałych owoców, świeżych ziół, świeżo wypieczonego chleba.  Dla ścisłości trzeba dodać, że zapach dojrzałych owoców w porze letniej zmienia się w zapach rozkładających się owoćow, co przyjemne wcale nie bywa.   

Szuk już od rana wypełnia się kupującymi, a co za tym idzie strasznym wrzaskiem, bo Izraelczycy do cichych narodów nie należą.  Wąskie przejścia sprawiają, że nawet niewielka liczba kupujących zmienia się w rozwrzeszczaną tłuszczę.  Sprzedający krzyczą, zachwalając swoje towary, ich pomocnicy kursują w tych wąskich przejściach z platformami wypełnionym skrzynkami, zmuszając wszystkich znajdujących się w bezpośredniej bliskości platformy do wbicia się w stoisko, schowania za ladą lub wdrapania na skrzynki stojące po bokach.  A gdy dojdzie do jakiegoś nieporozumienia, wszyscy znajdujący się w pobliżu wzywani są na świadków, trzeba zająć stanowisko i odpowiednio popierać swojego faworyta.  Mąż to uwielbia.   

Faktem jest, że owoce są tu świeższe i bardziej pachnące. Prawdą też jest, że gdy mąż codziennie kupował w jednym ze stoisk pomarańczę na lunch, po krótkim czasie pomarańcza była za darmo i sprzedawca dodawał do niego błogosławieństwo.  Gdy byłam w widocznej ciąży, zdarzało się całkiem często, że jeden ze sprzedawców wyskakiwał zza swojej lady, tubalnym głosem rozpędzał innych kupujących, robiąc dla mnie przejście i obowiązkowo częstował kawałkiem soczystego mango lub ociekającej sokiem brzoskwini, uprzednio odkrojonej nożem, który płynu do mycia naczyń nie widział już wieki.  Dla dziecka, mówił, trzeba zjeść, a ja ukradkiem chowałam rozgniecioną w ręku papkę do kieszeni, szczerze dziękując za troskę.  To jest prawdziwe życie na Bliskim Wschodzie, mówi mąż,  rozcierając stopę, po której przejechał chłopak z platformą. 

A ja jednak chodzę na zakupy do cetrum handlowego.  Wdycham sobie sztucznie świeże powietrze, przystaję nad sztucznym jeziorkiem i pokazuję małemu sztuczną kaczkę.  Nikt mnie nie popycha, nikt nie krzyczy, nikt niczego ode mnie nie chce.  Warto czasem zapłacić kilka szekli więcej za przerwę od prawdziwego życia.

13:53, zydoweczka
Link Komentarze (18) »
niedziela, 22 października 2006
Polecam
Polecam bardzo ciekawy wpis u cymes9 o ciągłości tradycji i nośnikach (nie elektronicznych).
13:48, zydoweczka
Link Komentarze (4) »
Trochę polityki

Zanim jeszcze mąż stał się moim mężem, w swojej pensjonarskiej naiwności wyobrażałam sobie, że nasze poranki będą wyglądać tak: mąż przynosi do łóżka śniadanie, lekko trąca mnie noskiem, żebym się obudziła, a w powietrzu unosi się echo magicznych słów "kocham cię".  Rzeczywistość zaskakuje nas wszystkich i poranki u nas wyglądają tak: jeśli ja pierwsza wstanę, mąż zaspanym głosem pyta: "Sprawdziłaś wiadomości?", po czym następuje "Sprawdź moją pocztę.  Na Hotmailu".  Gdy pierwszy wstanie mąż, ja zadaje te same pytania, tylko jeszcze dodaje "Są jakieś komentarze na blogu?".  Sprawdzenie wiadomości każdego ranka to obowiązek każdego Izraelczyka, bo nigdy nie wiadomo, czy któregoś dnia nie znajdziemy się w środku strefy wojennej.  A serwisy informacyjne nie pozwalają nam się nudzić i każdego dnia tematy polityczne stają się tematami numer jeden.  Ja pytam: "To co, wyjeżdżamy?",  a mąż niezmiennie odpowiada: "Jeszcze mamy czas".  No to jesteśmy i co chwila sprawdzamy wiadomości. 

Nie będę wchodzić tutaj w zawiłości polityki izraelskiej, gdzie jastrzębie w jedną noc zmieniają się w gołębie i odwrotnie, gdzie szefem państwa przez kilka tygodni był człowiek w stanie śpiączki, uznany za "tylko czasowo niezdolnego do bycia premierem", i gdzie części obywateli (którzy odpowiedzieli na apel głów panśtwa przed kilkunastu laty i przenieśli się za "zieloną linię") oficjalnie nie dotyczą prawa człowieka.  U jednych smoki wawelskie dowodzą teorii naukowych (lub ich braku), u innych prezydent państwa oskarżony o gwałt nie ma zamiaru ustąpić. 

No właśnie, prezydent Moshe Katzav.  Prezydent w Izraelu to funkcja czysto reprtezentacyjna – człowiek - wzór i moralny autorytet.  Czy człowiek, przeciw któremu wystosowywane są coraz nowe oskarżenia, takim autorytetem może być? Ja mam wątpliwości.   Sprawa molestowania seksualnego w gabinecie prezydenta, a być może nawet gwałtu wstrząsnęła Izraelem. Nie fakt samego molestowania (bo wiadomo, jesteśmy na Bliskim Wschodzie), ale to, że sprawa ujrzała światło dzienne.  Ja mam nadzieję, że dzięki tej sprawie coś się zmieni, może kolejne kobiety zaczną mówić, może poklepywanie podwładnych po pupie przestanie być już wyrazem sympatii.   

Wygląda jednak na to, że nieprzyjemna sprawa zostanie szybko zatuszowana, trup pozostanie w szafie, a ewentualne okruchy szybko zmiecione pod dywan.  Już słychać głosy, że prezydent tyle już wycierpiał, żeby mu odpuścić, zamknąć dochodzenie, że i tak już zaraz mu się kończy kadencja i że w ogóle nie ma o czym mówić.   Mnie wtedy krew zalewa i mówię "Wyjeżdżamy!", na co mąż pyta: "Gdzie?  Tam, gdzie słowo "cygaro" nabrało nowego znaczenia, czy tam gdzie posłowie smyrają posłanki po warkoczach?".   No cóż, pozostaje nam jeszcze biegun południowy, gdzie ani o antysemityzmie, ani o molestowaniu jeszcze nie słyszałam.  Ale może to tylko propaganda pingwinów.

P.S. A wpis został zainspirowany wpisem w Pentelce.  Z przerażeniem zobaczyłam, że ja rzeczywiście o sprzątaniu, zakupach i świecach. Wzięłam się więc w garść i napisałam o prezydencie.  Mam nadzieję, że wzmianka o mężu mnie nie zdyskwalifikowała.   :)
12:47, zydoweczka
Link Komentarze (9) »
piątek, 20 października 2006
Zanim zacznie się szabat

Piątek to wielki wyścig z czasem.  Przgotowanie do szabatu.  Od samego rana sprzątanie, pranie, prasowanie, zakupy i gotownie.  Trzeba zdążyć przygotować obiad na dwa dni, bo w szabat nie gotujemy.  Trzeba przygotować mieszkanie na ten odświętny dzień, nakryć do stołu, wydobyć zabawki spod fotela, położyć na miejsce stos ubrań, który stworzył się w sypialni.  Piątek to zamieszanie, stanie w kolejkach i bieg z torbami zakupów. To wyścig z czasem, ponieważ szabat zaczyna się o określonej godzinie, a wraz ze skróceniem dnia i wydłużeniem nocy zaczyna się coraz wcześniej.   

Dzisiaj to będzie 16:24.  Kilka minut przed tą godziną mąż stanie przy mnie, ubrany odświętnie w białą koszulę.  Weźmie na ręce małego, pachnącego jeszcze płynem do kąpieli Nivea i i będziemy tak stać razem, gdy zapalę świece.  Kontrast pomiędzy tym co było, zanim zapaliłam świece, a tym co jest po ich zapaleniu, jest zawsze ogromny.  Granica jest niemal fizycznie wyczuwalna.  Zman kodesz czy święty czas. Spokój, cisza, nic nas nie pogania.  Możemy teraz po prostu być. 

Nie było mi łatwo przyzwyczić się do tego, że można tak po prostu nic nie robić.  Nic nie robić w znaczeniu współczesnym – iść do biura, pojechać na wycieczkę, napisać artykuł.  W szabat nie pracujemy – w szabat rozmawiamy, czytamy, idziemy z dzieckiem na spacer, słuchamy wykładów, spotykamy znajomch, modlimy się.  Jesteśmy tylko my – ludzie i święty czas – szabat.  Na początku nie mogłam usiedzieć na miejscu – bo przecież było tyle zaległych rzeczy do zrobienia.  Czekałam niemalże z zegarkiem w ręku, aż szabat się skończy, by wziąć się do pracy. Nauczyć się też musiałam, jak odpoczywać bez telewizji, bez komputera, bez samochodu. Nie łatwo być sam na sam ze sobą przez 25 godzin... 

Teraz już odpoczywam w szabat. I choć przyznaję, że czasami z niecierpliwością czekam, by do kogoś zadzwonić czy obejrzeć film, umiem już wykorzystać ten czas jak najlepiej. Gdy jednak w sobotę wieczorem szabat się kończy, czeka nas zawsze ogrom pracy.  Ale to dopiero potem.  Teraz przygotowujemy się, by jak najlepiej wykorzystac ten czas.  I choć to dopiero ranek, już wstawiłam świece do świecznika, bo łatwiej mi bylo znieść ten chaos przygotowań.  Niech sobie spokojnie na mnie czekają.

07:43, zydoweczka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 października 2006
Amerykański humor żydowski

Czytając komentarze, których autorzy zastanawiają się kto jest Żydem, a kto nie, przypomniałam sobie o piosence, która mówi o właśnie o tym. 

Przed państwem Adam Sandler!

To teraz juz wiemy - Tom Cruise nie jest, ale jego agent jest  :)

22:12, zydoweczka
Link Komentarze (2) »
Polska w Ramat Gan

Poznałam ją kilka lat temu.  Pani Ester.  Dzisiaj już jest starsza Panią, bardzo dystyngowaną i elegancką.  W swoim mieszkaniu w Ramat Gan ma dużą bibliotekę składającą się głównie z ksiązek po polsku.  Zaprasza mnie czasem na kawę, by pokonwersować po polsku.  I opowiada, a ja słucham.  Przepiękną polszczyzną opowiada mi o dzieciach, które nie rozumieją, dlaczego nie chce wystąpić o odzyskanie obywatelstwa, o wnuku, który robił ostatnio projekt o rodzinnych korzeniach i nie mógł zrozumieć dlaczego jej rodzina nie wyjechała z Polski zaraz po wojnie.  Pyta się mnie o Polskę, ale za każdym razem zastrzega się, że nigdy TAM nie pojedzie.  Nie rozumie, dlaczego ja wracam.  Pyta czy ten dom jeszcze stoi, czy tamten.  A ja nie mam pojęcia, bo nigdy nie zwracałam uwagi na takie szczegóły.  Dla niej to jest ważne.

.

Wciąż powtarza, że ona niczego od Polski nie chce – ani obywatelstwa Unii Europejskiej, ani tej kamienicy w Łodzi, której i tak po wojnie jej rodzina nie dostała z powrotem.  Nie chce, ale nie może przestac mówić o kraju swego dzieciństwa.  Pyta co myślę o Masłowskiej, tak jakby wczoraj właśnie była w EMPiKu.   Tęskni, a jednocześnie nie może wybaczyć.  A ja nie mogę wybaczyć wraz z nią...

.

Posłuchajcie jak o tych, co zostali śpiewa Magda Umer.

 

07:49, zydoweczka
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4