Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
niedziela, 08 kwietnia 2007
Zapach przesłany pocztą

Mimo że tam, gdzie mieszkamy, nie odczuwa się świąt chrześcijańskich, to zawsze wiem, że zbliża się Boże Narodzenie albo Wielkanoc.  A dzieje się tak za sprawą kartek świątecznych od Magdy, które niezmiennie od kilku lat pojawiają się w mojej skrzynce.  Magda wie, że mieszkam w Izraelu (w końcu ma mój adres), wie, że judaizm jest moją religią, ba, nawet wie, że bardzo poważnie traktuję jej nakazy.  A mimo to przesyła kartki.

  

Mąż, zawsze podejrzliwy, doszukuje się tam złych zamiarów.  Na pewno chce cię nawrócić, mówi. Magda? Nigdy w życiu! odpowiadam.  Ale w głębi serca zastanawiam się: Nie wie, że nie obchodzę Wielkanocy? No, może nie wie.  Może myśli, że obchodzę.  A może rzeczywiście chce mi otworzyć na coś oczy? 

 

W tym roku do kartki dołączony był krótki liścik.  Magda pisała, jak lubi święta, jak lubi wysyłać kartki i że tak się cieszy, że musi się ze wszystkimi dzielić swoją radoscią.  Żadnych wzmianek o piekle, zamiast tego opis pieczenia baby wielkanocnej.

Z satysfakcją przetłumaczyłam mężowi liścik.  To miło, jak ktoś chce się podzielić z nami swoją radością.  Może i ja będę wszystkim składać życzenia Pesach Sameach, by razem ze mną cieszyli się z odzyskanej wolności?  A dzięki Magdzie mogłam znów poczuć dawno zapomniany zapach baby.  W wyobraźni oczywiście. 

00:01, zydoweczka
Link Komentarze (85) »
czwartek, 05 kwietnia 2007
Święto potencjału

Święto Pesach to moje ulubione święto.  To święto potencjału.  Jeszcze kilka lat temu obchodziliśmy z mężem Pesach sami, czasami zapraszani na seder do znajomych, ale tak to już jest, że w tym przedswiątecznym okresie wszyscy skupiają się raczej na swoich bliskich rodzinach.  Zaproszenia zwykle sypały się dopiero w okresie Chol haMoed czyli w ciągu dni pomiędzy pierwszym i ostatnim dniem Pesach.  

Nasze rodziny zwykle nie spędzały z nami święta.  Moi rodzice byli raczej bardziej zajęci wiosennymi porządkami w Polsce, rodzice męża nie cierpią latać przez Atlantyk  Siadywaliśmy więc razem z mężem przy stole i w dwójkę odczytywaliśmy Hagadę, przekomarzając się kto zada cztery pytania tradycyjnie zadawane przez najmlodsze dziecko.  Mysleliśmy o tym, jak to kiedyś pytania te zada nasze dziecko. Widzieliśmy siebie otoczonych grupką dzieci i wnuków. Mówiliśmy, jak będziemy im opowiadać o tym, jak nasi przodkowie wyszli z Egiptu, jak my sami wyszliśmy z naszego Egiptu. 

  

W tym roku przy stole usiedliśmy wraz z przyjaciólmi, rodzicami męża, samotnym studentem jesziwy i z naszym małym.

Za kilka lat to mały zada cztery pytania, przygotuje przedstawienie, będzie jeszcze więcej gwaru, więcej gości, więcej radości.  I może odważymy się zaprosić kilku samotnych studentów jesziwy.  Niech bawią piątkę naszych dzieci! Tak, zdecydowanie potencjał jest, jak mawiał mój były nauczyciel matematyki z liceum.

23:27, zydoweczka
Link Komentarze (8) »
Czas na reklame
Ciągle straszą nas Iranem.  Gazety, radio, Internet – wszędzie pojawia się motyw irańskiego zagrożenia.  Iran się zbroi i grozi, a ja z lękiem myślę o najbliższych miesiącach. Dlatego też reklama internetu firmy Bezeq stała się taka popularna, bo otwarcie mówi nam o naszych lękach i nadziejach.  Trochę głupio wzruszać się reklamami, ale co tam – ogłośmy dziś światowy dzień naiwniaka.  Tak z okazji Chol Hamoed Pesach.

 

(Kocowy slogan brzmi: W zyciu to jeszcze nie mozliwe, ale w necie takie relacje zawiazuja sie codziennie) 
.
Co ciekawe na YouTube pojawiły się komentarze w większosci mówiące o całkowitym braku realiów irańskich.  Jeden z komentatorów beztrosko zaproponował, by autor reklamówki udał się do Iranu i zobaczył jak w rzeczywistości ubierają się irańskie kobiety.  Chciałoby się powiedzieć „Gdyby tylko byłoby to możliwe, stary”.  Jak widać reklamówka zyskała dodatkowy wymiar.
.

A swoją drogą, to rzeczywiście nic o sobie nie wiemy....

.

P.S. Pomysl na wpis zainspirowany wpisem na Israelity

22:57, zydoweczka
Link Komentarze (6) »
środa, 04 kwietnia 2007
Dwie ulotki

- No wiesz, nie mogłam przez jakiś czas zajść w ciążę po tym jak usunęłam.  Raw powiedział, że to pewnie kwestia emocjonalna, że się boję ....

  

Dalej nie słuchałam, bo pierwsze zdanie zupełnie zwaliło mnie z nóg.  Widząc moją głupią minę, Ronit szybko dodała:

  

- Prepraszam, nie powinnam, to prywatne sprawy, masz rację.

  

- Nie, nie, to ja przepraszam, mów, mów dalej.

  

Ronit opowiadała dalej, a ja nie mogłam się skupić, bo wciąż myślałam o swojej reakcji.

  

Miałam przed sobą Ronit, RONIT, ortodoksyjną Żydówkę, wykształconą, znającą kwestie Halachy lepiej od niejednego rabina.  Tę RONIT. Ronit która usunęła ciążę i tak mi mimochodem o tym wspomniała.

  

Do tamtego czasu nigdy się nie zastanawiałam nad tym, czy judaizm dopuszcza aborcję czy nie.  Jakoś tak założyłam, że każda wiara musi do tego podchodzić podobnie, a po spędzeniu większości życia w Polsce uznałam, że katolicka wrażliwość jest jedyną słuszną w tej kwestii.

  

Zabawne jak wiele człowiek przejmuje nieświadomie.  Weźmy na przykład Czerwony Krzyż.  Dopiero w Izraelu zdawłam sobie sprawę, że ten „krzyż” to symbol wiary chrześcijańskiej – tutaj mamy „Czerwoną Gwiazdę Dawida – Magen Dawid Adom”.  Albo rysowanie grobów z krzyżem.  Albo właśnie podział na „obrońców życia poczętego” i „żądających możliwości wyboru”. Religijni muszą „bronić życia poczętego”, to oczywiste.

  

Ronit (przypominam, ta RONIT) uświadomiła mi, ze tak jak tutaj dzieci w przedszkolu rysują groby bez krzyży, tak samo problem aborcji ma zupełnie inny wymiar.

  

- Nie wiedziałam, że można usuwać ciążę...- zaczęłam nieśmiało.

  

- Nie można – przerwała mi szybko.  - Czasami jednak trzeba – dodała.  Jak w moim przypadku.  Płód zagrażał mojemu życiu. 

  

Ronit przyjęła pozę mentorki i przytaczając różnych rabinów wyjaśniała jaki jest stosunek judaizmu do aborcji.  Zajęło jej to, bagatela, kilka godzin, a sprowadzało się mniej więcej do: „ani nieograniczony wybór, ani bezwzględny zakaz, ale najlepiej zapytaj rabina”.

Pamiętałam o jej słowach, gdy przy pierwszej wizycie u lekarza prowadzącego ciążę obok informacji o zbawiennym działaniu kwasu foliowego w pierwszym trymestrze ciąży, dostałam standartową ulotkę, wyjaśniającą między innymi ile mi przysługuje becikowego i kiedy można według prawa dokonać aborcji.  Zabrałam obie.
14:41, zydoweczka
Link Komentarze (18) »
wtorek, 03 kwietnia 2007
Macowe wdzianko

Co prawda nowego potomka spodziewamy się dopiero w maju, be-ezrat ha-szem, ale gdyby postanowił pojawić się w czasie Pesach, to na pewno przydałoby nam się takie wdzianko J. 

I wtedy zamiast mówić do niego „moje ty słodkości” mówilibyśmy „moja ty maceńko”. 
21:43, zydoweczka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Dajenu
Na przyjazd dziadków z Ameryki na Pesach mały przygotował część artystyczną, którą ma zaprezentować podczas Sederu.  No dobrze, przyznaję, to ja wywarłam presję rodzicielską na niewinne dziecko, zmuszając je do nauczenia się piosenki.  Wiem jednak, ze Bracha ze żłobka byłaby ze mnie dumna.  Mały co prawda przyswoił sobie jedynie refren „daj, dajenu, daj, dajenu, dajenu dajenu”, ale mam nadzieję, ze dziadkowie podobnie jak rodzice zauważą w tym wykonaniu niezwykłe wyczucie rytmu i wyraz artystycznej duszy.  No i dogłębną znajomość tradycji żydowskiej.  I kto by pomyślał, ze przyswojenie tych wszyskich elementów zajęło nam tylko kilka wieczorów. 

A oto wersja nieco bardziej profesjonalna: 

Dajenu 

07:00, zydoweczka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 kwietnia 2007
Swatka na miarę naszych czasów

Właśnie otrzymaliśmy wiadomość, że Miram i Jacob wyzanczyli datę ślubu.  A jak się poznali?  W parku? W szkole?  Na dyskotece?  Nic z tych rzeczy.  Swoją wdzięzność wyrażają Frumsterowi, stronie na której poznają się ortodoksyjni Żydzi.

Więcej tutaj

 I tutaj:
"Matchmaker, matchmaker, make me a match..."
15:04, zydoweczka
Link Komentarze (3) »
sobota, 31 marca 2007
Ostatnie przygotowania

Wojna z chamecem wciąż trwa, choc powoli dobiega już konca.  Nieskromnie musze dodac, że szala zwyciestwa przechyla się nieznacznie na naszą stronę.  Ostateczne zwycięstowo zostanie ogłoszone jednak jutro wieczorem podczas Bdikat Chamec czyli poszukiwaniu ostatnich okruszków przy świetle świecy. Walka była ciężka, muszę przyznać, cięższa niż w poprzednich latach, ponieważ:

A)    w schylaniu przeszkadza mi brzuch

B)     mały przyłączył się do zwolenników frakcji chamecowej i gdy nasza drużyna odpozywała, podstępnie zaczynał jeść kanapkę w wysprzątanym już salonie, krusząc najbardziej perfidnie właśnie pod niskim stolikiem. 

C)    jakoś tak nam przybyło sprzętów kuchennych i powierzchnia „zmywalna” zdawała się co najmniej podwoić.

Wszystko jednak wydaje się być pod kontrolą i nawet koszmary senne w krórych przy czytaniu Hagady podczas Sederu zauważam na stole bochenek chleba (w innych wersjach, nie mniej przerażających, są to okruchy, kaszka małego albo, o zgrozo, pizza) przestały mnie nawiedzać.  Teraz przed nami już ostatni etap przygotowań czyli gotowanie, a przed niereligijnymi mieszkańcami Izraela nabywanie chleba i pity, których w sklepach przez następny tydzień nie będzie (no, przy najmniej teoretycznie).  A potem to już tylko wycieczka do fast foodów by zobaczyc hamburgera z macą (to kuriozum przywraca mnie na łono fast foodowców podczas każdego Pesach). 

21:11, zydoweczka
Link Komentarze (11) »
niedziela, 25 marca 2007
Reakcja na reakcje

Przejrzałam sobie stare komentarze i z zaskoczeniem zauważyłam, jakie reakje wywołał mój wpis o Bikur Cholim.  A raczej, że te reakcje nie doczekały się moich reakcji (które zapewne sprowokowałyby nowe reakcje itd.)  Zastanawia mnie dlaczego wpis, który ogólne nie był w zamyśle antypolski, a jeśli był już jakiś anty, to raczej anty-ignorujący chorych, doczekał się takich komentarzy.  Wpis mówił o tym, że nasza natura ludzka jest jaka jest i że czasem to przepisy religijne przywracają nas do pionu.  Bo ja, muszę się wam przyznac, nie cierpię chodzić do szpitala.  I często się od tego wymiguję, wiem jednak, że robię źle.  Zanim zostanę zaatakowana, dodam, że jeśli ktoś sobie nie życzy, to wcale nie zmuszam go do bycia odwiedzonym. Naprawdę.  

Zastanawia mnie dlaczego tak wielu moich czytelników widzi wszystko przez pryzmat polsko-żydowski.  Dlaczego, gdy mąż pisze, że zastawia się jak to jest mieszkać w miejscu, gdzie kiedyś było getto oskarżony zostaje o antypolonizm?  Czy nikt z was się nigdy nie zastanawiał jak to jest mieszkać w Czarnobylu na przykład?  I to bez podtekstów narodowych, tylko tak po prostu, w kontekście ludzkim?   

Dlaczego wciąż powracają pytania czy czuję się bardziej Polką czy Żydówką, tak jakbym musiała się zdeklarować po której jestem stronie?  Jesteś z nami czy przeciw nam?  Ja nie powiewam żadną flagą, wychowałam się w Polsce, mieszkam w Izraelu i piszę o tym co jest dla mnie wazne, interesujące, zabawne.  Nikogo nie piętnuję, ani nie pouczam.    I przykro mi, gdy kogos urazilam.

Proszę więc, nie doszukujcie się wielkich idei, tam gdzie mowa jest o pietruszce.  Ja wiem, nie jest łatwo, bo ja sama też we wszystkm co powie mąż doszukuję się stwierdzenia że jestem za gruba.  Nawet wtedy, gdy mówi o złamanej nodze psa sąsiada z trzeciego piętra. 

00:41, zydoweczka
Link Komentarze (48) »
sobota, 24 marca 2007
Laktywistka

Zanim jeszcze mały przyszedł na świat, byłam już zdecydowana, że chcę zostać nie tylko matką, ale jej specyficzną odmianą czyli matką karmiącą.  Decyzja ta została podjęta natychmiastowo po zapoznaniu się z przewodnikami, poradnikami i innymi pożytecznymi publikacjami, które zaczęły się sypać do naszej skrzynki pocztowej, po tym jak amerykańska część rodziny powiadomiona została o rychłych narodzinach wnuka / bratanka / kuzyna.  Wiedziałam już po co, jak i kiedy, nie wiedzialam tylko jak poradze sobie z zagadnieniem cniut czyli skromnosci.  Wiedzialam przecież, że nawet w świeckim społeczeństwie kobieta publicznie karmiąca dziecko jest uważana za mało estetyczne zakłócenie przestrzeni publicznej.  Chłopak koleżanki na przykład głośno dawał wyraz swojemu niezadowoleniu, widząc kobietę karmiącą dziecko w centrum handowym, mrucząc coś o tym, że on przecież nie chodzi nago po ulicy.  Nie trzeba pewnie dodawać, że z przyjemnością cmokał, widząc roznegliżowane zdjęcia na okładce ulubionego pisma. 

  

Wiedząc jakie są reakcje, nie miałam złudzeń co do tego, jak będzie to wyglądać w świecie, gdzie obowiązują sztywne zasady skromności.  Jeszcze w ciąży zaczęłam zwracać jednak baczniejszą uwagę na kwestie karmienia piersią.  Najpierw ze zdziwieniem zauważyłam, że w synagodze kobiety dyskretnie przykrywają się kocykami i karmią maleństwa.  Że też wcześniej nie zwróciłam na to uwagi!  No tak, myślałam, to jednak grono wyłącznie kobiece, co jednak, gdy trzeba będzie nakarmić w miejscu publicznym?  I tu znów niespodzianka.  O ile nie widać piersi, można karmić wszędzie.  Kocyk zarzucony na ramię i to wszystko.

Przygotowując się na przyjęcie nowego członka rodziny, wiem już, ze dam sobie radę z publicznym karmieniem.  Trzeba tylko unikać miejsc, gdzie niezwykle zadbane panie rzucają mi zgorszone spojrzenia znad swojej latte i poważni panowie w garniturach odwrcają wzrok w popłochu.  Dla nich nie mam żadnych przekonujących argumentów.  Panowie z brodami mi jednak nie straszni.  Zawsze mogę przecież strepnąc kocyk, wziąć bobasa pod rękę i z podniesioną głową przytoczyć fragment Halachy.  Co doświadczenie, to doświadczenie.

23:45, zydoweczka
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14