Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
czwartek, 22 marca 2007
Strajk

Kolejny strajk już za nami.  Czasami zastanawiam się, co byśmy zrobili bez tych strajków - nasze poczucie bezpieczeństwa zupełnie by się zachwiało.  Bo każde dziecko wie, że na początku roku szkolnego strajkują nauczyciele, w okolicach świąt - lotniska, a reszta już tak nie przewidywalnie, ale także w miarę regularnie.

  

Wczorajszy strajk zakończył się w bardzo szybko i nie niósł ze sobą większych utrudnień – ani zapachu rozkładających się śmieci (co jest nawet bardziej uciążliwe w ciepłym klimacie), ani przymusowych postojów na lontiskach rozsianych na całym świecie, ani nawet braku możliwości zarejstrowania nowo narodzongo dziecka przez długie tygodnie.  Udało nam się.  Gdy jednak pewnego dnia okaże się, że wszyscy zarabiają tyle ile trzeba, że pensje są co miesiąc wypłacane i że wszyscy są zadowoleni, zupełnie stracimy orientację.  Skąd będziemy wiedzieć, że to już wrzesień, albo koniec sezonu letniego, albo okres świateczny?  A tak, dzięki strajkom nie tylko trzymamy ręke na pulsie jeśli chodzi o  kalendarz, ale również mamy możliwośc zapoznania się z różnymi sektorami gospodarki.  Kto by na przykład pomyślał ile zarabiają stoczniowcy?  Albo na czym polega ciężka praca pracowników poczty? No i mamy niepodważalne usprawiedliwienie na spóźnienie do pracy – strajk oczywiście.

21:00, zydoweczka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 marca 2007

Nadrabiam zaległości blogowe i widzę, że zachowałam się jak ostatni gbur, nie regując na wywołanie mnie do tablicy (Kakofonia, Cymes, Ania Polak, Asik, Fabella (jesli kogos nie wymieniłam to tylko dlatego, ze jeszcze do niego nie dotarlam)). 

A oto moje sekrety:  

  1. W II klasie szkoły podstawowej przeczytałam "Anie z Zielonego Wzgórza", co zajęło mi kilka miesięcy.  Kolejne części przeczytałam już nieco szybciej.  Ania pozostala moja najukochansza lektura dziecinstwa.
  2. Pierwszym obcym językiem, którego zapragnęłam się nauczyć był czeski.   Zafascynowana byłam wtedy Czechosłowacją, uwielbialam czeskie kredki i rozwazaam nabycie oywatelstwa przez naturalizacje (nowa lalkę, na wszelki wypadek,  nazwałam Olinka (byłam przekonana, że to imię czeskie).
  3. Jeszcze w szkole podstawowej wraz z kilkoma kolezankami zlozylysmy "przysiege", ze w przyszlosci wyjdziemy za maz tylko za obcokrajowcow (do tej pory tylko jedna z nas sie wylamala i zawarla zwiazek malzenski z niejakim Piotrem)
  4. Bardzo lubię ser topiony polany keczupem, ale nikomu sie do tego nie przyznaje z dwoch powodow: a) nie jest to potrawa nazbyt wyszukana, b)  mam juz dosyc min wspolbiesiadnikow, wyrazajacych nieskrywane obrzydzenie.
  5. Grałam kiedyś (prawie że) zawodowo w szachy (dla wtajemniczonych: miałam I kategorię).  Kariere jednak zakonczylam  w wieku 13 lat.

 A to by bylo na tyle :)

 
21:45, zydoweczka
Link Komentarze (20) »
sobota, 17 marca 2007
Szabatowa dodatkowa dusza

 - No nie, a ta znowu o szabacie!  Ile można? 

Chwilę, poczekajcie, a było tak: 

Powrót ze szpitala do domu naznaczony był kompletnym chaosem, a radość z powrotu przeplatała się z niepokojem: „co dalej”.  Setki pytan, zadych odpowiedzi, a do tego, od chodzenia w kolko po pokoju zaczely mi sie obcierac stopy.

 Gdy nadszedł szabat, świat przestał wirować.  Spokój, cisza, swieza chala własnoręcznie upieczona przez męża.  I strach o małego, choć wciąż obecny, trochę mniejszy.  To musiała być ta moja dodatkowa. szabatowa dusza (neszama jetera), która w odróżnieniu od mojej pierwszej nie panikuje, nie histeryzuje, nie myśli negatywnie i  potrafi wziąć się w garść.  Pożeganałam ją ładnie przy Hawdali - oby tylko wróciła za tydzień.    

 P.S. Macie szczęście, że nie piszę takich notek co tydzień.  Ale to tylko zasługa mojego wewnętrznego głosu rozsądku, bo gdyby nie on, śpiewałabym wciąż ‘Sziru laszem, szir chadasz...”

21:21, zydoweczka
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 marca 2007
Przeprosiny

Bardzo Was wszystkich przepraszam za tak długie milczenie i jednoczesnie jestem wzruszona (tak, tak), że się o mnie martwiliście i że zaglądaliście.  Jestem pewna, że to równeż dzięki waszym myślom udało nam się powrócić do świata żywych.  Przeprszam wszystkich tych, ktorzy nie doczekali sie odpowiedzi na swoje emaile, tych, z ktorymi nie moglam sie spotkac, oraz wszystkich tych, ktorzy nie otrzymali odpowiedzi na komentarze. 

Domyślam się, że to nie koniec naszych kłopotów, ale na razie jesteśmy w domu, powoli powracamy do codziennosci, której tak bardzo nam przez ostatnie tygodnie brakowało.  Mam nadzieję, znacza to również powrót do blogosfery – Beezrat Haszem nowa notka pojawi się dziś wieczorem. 

Wasza, dużo pokorniejsza, Z.

13:03, zydoweczka
Link Komentarze (36) »
czwartek, 22 lutego 2007
Widok z okna

A oto widok z okna oddziału pediatrii...

09:53, zydoweczka
Link Komentarze (55) »
środa, 21 lutego 2007
Bikur Cholim, czyli jeśli chorować, to tylko w Izraelu

Choroba, wiadomo, nie wybiera.  Nasz mały mimo, że jest jeszcze taki malutki (a gdy jest chory, to wydaje się jeszcze mniejszy, tyciuteńki, Pan Maluśkiewicz po prostu), to zwiedził już pewnie więcej szpitali niż niejeden podróżnik.  Z mężem podejrzewamy ze może to być jego hobby – jedni podróżują zwiedzając zamki, inni toalety, a jeszcze inni szpitale.

 

W Polsce zacumowaliśmy na chwilę w w szpitalu na Niekłańskiej w Warszawie.  I nie, wcale nie będę opisywać, jak okropna jest polska służba zdrowia, żadnych czekoladek, ani wzorzystych kopert nie musieliśmy dostarczać, a opieka była godna pozazdroszczenia.  Dopiero jednak, gdy odwiedziliśmy szpital w Jerozolimie, zdaliśmy sobie sprawę, czego nam tam brakowało.  Odwiedzin!  Wszyscy, gdy dowiedzieli się, że mały jest w szpitalu nagle zapomnieli, że przyjechaliśmy w odwiedziny.  Żadnych telefonów („no, wiecie baliśmy się, że go obudzimy”), pięciominutowe wizyty najbliższych i to wszystko.

 

W Izraelu nie mamy bliskiej rodziny.  Tylko mąż może pochwalić się dalekimi kuzynami, którzy jednak mieszkają na drugim końcu kraju.  A jednak poczucie pustki i zwątpienia wcale nas tu nie dopada.  Odwiedzają nas bliżsi i dalsi znajomi, wypychają do domu, żeby odpocząć („my się zajmiemy małym, przecież to żaden problem”, przynoszą posiłki i wypytują jak się pacjent miewa.) 

 

Bikur cholim to obowiązek odwiedzania chorych.  Zdawać się by mogło, że to coś najbardziej naturalnego, że nie trzeba przykazań, żeby przypomnieć ludziom, że chorzy potrzebują specjalnej uwagi.  Okazuje się jednak, ze nie jest to takie oczywiste – wiadomo, praca, kursy, spotkanie z klientem, zrozumiecie, prawda?

 

 Oczywiście, że rozumiemy, też pochodzimy ze świata, gdzie praca jest priorytetem, gdzie nie ma miejsca na słabości, i gdzie trzeba pracować nad samorozwojem.  Rozumiemy, oczywiście, dopiero jednak w szpitalu w Jerozolimie zdaliśmy sobie sprawę, że pustka i smutek, które odczuwaliśmy w Polsce, nie są koniecznością.  Można też inaczej.  Potrzeba do tego tylko odpowiedniego walnięcia w plecy i subtelnego ukierunkowania, takiego jak przykazanie Bikur Cholim na przykład.  Polecam.

P.S. Jak tylko sytuacja sie unormuje sprobuje odpowiedziec na wasze pytania w komentarzach.  Brak mojej reakcji nie oznacza jednak, ze komntarze nie sa mile widziane. 

13:51, zydoweczka
Link Komentarze (24) »
sobota, 17 lutego 2007
Lo!!!

Mały mówi coraz więcej.  Niestety, coraz częściej jego twarzyczka przybiera charakterystyczny wyraz, a z ust wydobywa się dobitne „lo” czyli po hebrajsku „nie”.  Zaciśnięte usta, zmarszczony nos i śmiesznie groźny wyraz oczu dają mamie do zrozumienia, że żadne negocjace nie wchodzą w grę.  Z „nie” można jeszcze podyskutować, „no” daje jeszcze jakieś nadzieje na porozumienie, ale „lo" brzmi tak groźnie, że nie warto w ogóle wchodzić w jakiekolwiek dyskuje. „Lo!!!”

  

Maly mówi coraz więcej i po polsku i po angielsku.  Podobno w żłobku radzi sobie nieźle po hebrajsku, ale w domu nigdy nie używa tego języka, oprócz właśnie „lo”.  I nie jest to byle jakie „lo”, ale „lo z wykrzynikiem, albo nawet dwoma. 

  

Mały już w wieku dwóch lat doskonale wychwytuje to, że po hebrajsku mówi się bardziej eksprsyjnie, że zwykła rozmowa dla niewytajemniczonego wygląda jak kłótnia.  Po hebrajsku trzeba być głośnym, żeby być usłyszanym.  I takie „lo” dla małych uszu dwulatka znaczy dużo więcej niż spokojne „nie” czy „no”. 

 

Takiego „odpowiedniego” tonu głosu uczymy sie z mężem od kilku lat i mimo niewielkich sukcesów, wciąż daleko nam do Brachy ze żłobka.  Ćwiczymy jednak dzielnie, głównie poprzez rozmowy z konsulatatami lini telefonicznej naszego banku.

  

Smiejąc się z zabwnej miny małego, w głebi duszy wiemy,  że rośnie nam w domu prawdziwy sabra*.  No, przecież o tym marzyliśmy przeprowadzając się do Izraela.  Tylko jak my sobie poradzimy z Izraelczykiem w domu?! J

  

* sabra (owoc kaktusa) to określenie na Izraelczyków urodzonych w Izraelu, którzy tak jak owoc, z zewnątrz maja byc „kłujacy”, a wewnatrz „słodcy i delikatni”.  Takie owoce widać na zdęciu u gory blogu, co Pan Cygaro kiedyś zauważył i zaptał, czy przypadkiem ja nie zbyt optymistycznie się prezentuę.  Teraz odpowiadam: „To nie o mie, to o moim potomku” J

20:54, zydoweczka
Link Komentarze (17) »
czwartek, 15 lutego 2007
Lenistwo

Siedzę sobie przy stoliku z kubkiem gorącej, nieizraelskiej herbaty w ręku (teraz pewnie już wszyscy wiedzą, ze picie herbaty w Izraelu bez wykazywania żadnych objawów choroby równoznaczne jest z przyczepieniem sobie do piersi znaku ‘Jestem imigrantem!”) i cieszę się, że wszystko powoli wraca do normy.  Mąż znów zakopał się w książkach i idąc na poranną modlitwę znowu wesoło powiewa pejsami (powoli już dochodzi do siebie po afroncie jaki spotkał go ze strony mojej mamy, która niezbyt delikatnie zasugerowała, że powinien nieco „odizraelczyć” swój wygląd.  A swoja drogą to ciekawe jakie interesujące słowa przychodzą ludziom do głowy, aby tylko nie użyć tego brzydkiego wyrazu na „ż”).  Mały znów ćwiczy hebrajskie nazwy zwierzątek i poznaje ich tajemna mowę (z izraelskim psem na przykład nie dogadasz się ani przez „hau, hau”, ani „woff woff”, bo on tylko „haw haw” uznaje).  A ja siedzę sobie i zamiast wnikać w tajniki systemu zarządzani jakością ISO i zamiast wysilać umysł by znaleźć odpowiednie hebrajskie odpowiedniki na harmonogram audytów i kartę działań korygujących i zapobiegawczych, piję herbatę i wodzę wzrokiem za koroną palmy, która za oknem kołysze się na wietrze.   

 

Dobrze się stało, ze odpoczęliśmy trochę od tej naszej codzienności.  I co najważniejsze ostatni wyjazd znów pomógł mi odegnać głupie myśli w stylu „A może by tak spróbować żyć gdzie indziej…”.  Uprzedzając pytania moich komentatorów dodam, że nie jest to bynajmniej odczucie antypolskie.  Podobnie czuje się bowiem po odwiedzinach u rodziny męża w USA.  I nie chodzi tutaj o nacjonalizm, umiłowanie ziemi Izraela, czy śpiewanie Hatikwy.  Chodzi po prostu o lenistwo.  Ile energii potrzeba, gdy zakupy zamieniają się w polowanie na koszerne produkty, gdy szabat równa się odmawianiu znajomym na propozycję wyjścia do kina, gdy najbliższa synagoga jest na drugim końcu miasta, albo w ogóle na drugim końcu Polski, i gdy trzeba wciąż tłumaczyć małemu, dlaczego nie może zjeść z kuzynami w McDonaldzie?  Uff.  Jaki spokój.  Nasz szabat to tutaj ustawowo dzień wolny od pracy, nie trzeba się gimnastykować, aby przekładać spotkania czy zajęcia.  W sklepie na rogu cała gama produktów ze znakiem koszerności BADAC, a handlowcy zamiast zacierać ręce na Walentynki zacierają ręce na Purim.  Bracha w żłobku uczy piosenek o królowej Ester a nie o karnawale.  Ja w takiej sytuacji mogę sobie pozwolić na słodkie lenistwo (do chwili oczywiście, gdy zadzwoni telefon i pan podniesionym głosem zacznie dopytywać się o ISO, kupiony jogurt okaże się przeterminowany, a mąż zadzwoni, że musimy jeszcze dzisiaj odwiedzić w szpitalu żonę Mordechaja, Ariela, Jonatana czy Tzachiego, która wczoraj wieczorem powiła bliźniaki.  Ale to dopiero za chwilę).

08:17, zydoweczka
Link Komentarze (21) »
niedziela, 11 lutego 2007
Powolny powrót do normalności

Jesteśmy już tu.  To znaczy tam.  Z jednego „tu” przenieśliśmy się do „tam”, które stało się „tu”.  Z domu wyjechaliśmy do domu, a teraz wracamy do domu.   

Kilka dni temu z ekscytacją powitałam mroźne powietrze, które uderzyło nas w twarze już na parkingu lotniska.  Teraz z podobnym podnieceniem wciągnęłam w płuca wilgotne nawet w zimie powietrze Tel Awiwu.  Wtedy rozczuliło mnie zupełnie zachmurzone niebo, które rzadko spotyka się w Izraelu.  Teraz nie mogłam się nie uśmiechnąć, patrząc na lazurowe niebo bez jednej chmurki.  Wtedy z wielką ciekawością zajrzałam do papierowych wydań gazet, teraz z zachłannością rzuciłam się na pozostawiony przez poprzedniego pasażera Haaretz.  Tak,wiem, nie było tam nic nowego, bo przecież każdy dzień rozpoczynamy od czytania wiadomości w wersji elektronicznej, ale to nie to samo.  Papierowa gazeta w której czytasz o zdarzeniach, które bardzo dobrze rozmumiesz, zapach farby drukarskiej, który z jakichś powodów jest inny w każdym kraju, świadczą o tym, że rzeczywiście jesteś „tu”.  Nie czytasz o „tu” stamtad, ale jesteś cześcią tego, o czym czytasz.   

Hummus i sałatka z pomidorów i ogórków na śniadanie za kilka dni znów staną się zwyczajnością.  Niebieskie niebo i nieuprzejma pani w supermarkecie.  Szabat bez żadnego samochodu i wezwanie do zapłacenia rachunku za prąd, który został dawno już zapłacony.  Na razie jednka wciąż cieszę się tymi szczegółami izraelskiej codzienności, by za parę dni znów zacząc tęsknić za chmurami i ogrzewaniem rąk przy kominku.  Będe wtedy wiedziała, ze wszystko powrociło już do normalności.

09:34, zydoweczka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 06 lutego 2007
Sprostowanie

"Z niektórych komentarzy wnioskuję, że odnieśliście wrażanie, że pobyt w Polsce był dla mnie koszmarem, a to nieprawda.  Jest wiele rzeczy, które naprawdę mnie ujęły w waszym kraju:

- to, że gdy przychodzi się do kogoś w odwiedziny, to dom błyszczy tak, jakby szorowano go przez kilka ostatnich dni (nie uwierzę, że Polakom nigdy nie zdarza się porzucić w przedpokoju skarpetki lub zapomnieć odstawić szklanki do zmywarki)

- parki i lasy

- ilość księgarni, która pewnie po przeliczeniu na jednego mieszkańca jest jedną z najwyższych na świecie

- to, że nie spotkałem się z żadnym wyrazem antysemityzmu (no, z wyłączeniem może jednego komentarza do poprzedniej notki)- bazary, w środku miasta

- prawdziwe zainteresowanie moją skromną osobą J

No i jeszcze wiele innych rzeczy, o ktorych nie bede wspominac, zebyscie przypadkeim nie pekli z dumy. :)"

17:37, zydoweczka
Link Komentarze (24) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14