Zakładki:
1. Z żydowską nutą
2. Okiem Izraelczyka
3. Warto poczytać
4. Linkujący znajomi
5. Przydatne WWW
Kontakt
Prawa autorskie
RSS
poniedziałek, 05 lutego 2007
Macewy w ZOO czyli dzień 8.

"W niedzielę mały wyciągnąl nas do ZOO.  Chodziliśmy sobie od ptaszarni do słoniarni (gdzie między innymi spotkaliśmy naszego ziomka – słonia z Tel Awiwu), po drodze goniąc pawie.  Właśnie za takim pawiem pobiegł mały, ciągnąc mnie za rękę.  Gdy razem wbiegliśmy na trawnik nagle stanąłem jak wryty. Alejka oddzielona została od trawnika porośniętymi mchem kamiennymi płytami, a na płytach coś przykuło mój wzrok – były to hebrajskie litery.  Po chwili zdałem sobie sprawę, że stoimy na płytach nagrobnych, z których ułożony został kamienny krawężnik.  Tak, ja wiem , rozumiem, nie tylko powstanie w getcie, ale też Powstanie Warszawskie, nie tylko żydowskie ofiary ale i kaźnie Polaków.  Niech tylko ktoś mi wytłumaczy, jak to możliwe, że w stolicy bądź co bądź europejskiego państwa, w ogrodzie zoologicznym, który jak by na to nie patrzeć jest instytucją publiczną, nikomu nie przeszkadza, że dzieci z balonikami biegają po macewach. Widocznie jestem jakiś dziwny, bo ja jakoś tego nie mogę zrozumieć." 

21:27, zydoweczka
Link Komentarze (29) »
niedziela, 04 lutego 2007
Polska według męża – dzień 4. - 7.

"Dni galopoują z niezwykła szybkością, i zarówno ja, jak i mój tłumacz nie wypełniamy narzuconego sobie zadania i nie piszemy tyle, ile obiecaliśmy.  Wstyd, wstyd, wstyd.  Wiemy i się korzymy.  

Czwarty dzień był dniem antyturystycznym, co nie znaczy, że nie skłonił mnie do myślenia.  Prawdę mówiąc ja zdecydowanie wolę to nieturystyczne zwiedzanie – zamiast zamków, zajrzeć do sklepu spożywczego, zamiast spaceru po reprezentacyjnym parku miasta, usiąść na skwerku i poobserwować matki z dziećmi. 

 Trasa naszego  antyturystycznego dnia wiodła nas uliczkami o prowokujących dla mych uszu nazwach – Miła, Gęsia i Nalewki.  Musieliśmy wskoczyć do sklepu fotograficznego, który znajdował się w niezwykłej bliskości Umschlagplaztu.  Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest mieszkać, uczyć się, chodzić do sklepu w tak bezposredniej bliskości miejsc, ktore kilkadziesiąt lat temu były częścią Zagłady.  Czy idziesz sobie po bułki i myślisz :"o, tutaj za tym rogiem Mordechaj Anielewicz popełnił samobójstwo, a tutaj wywożono tysiące ludzi na śmierć", czy raczej idziesz po te bułki i myślisz, że te wrzeszczące dzieciaki z Izraela blokują ci drogę, czy może myślisz tylko o tym, że jest kolejka po bułki, a sklep fotograficzny zamknięty.  Czy ludzie, którzy mieszkają w tych nowych domach, wiedzą, że mieszkają w dawnym getcie.  A jeśli nie wiedzą, to gdyby wiedzieli, czy wciąż chcieliby tutaj mieszkać?  A gdyby nie chcieli, to dlatego, że głupio mieszkać w „żydowskim” miejscu, czy przez pamięć o tych, kórych już nie ma?  Z. mówi, że w pewnym sensie cała Polska jest cmentarzem i że było tu tyle wojen, że gdyby się o tym wciąż myślało, to można by zwariować.  Z drugiej strony jednak, to nie odlegla przeszlosc.   

Ostatnie dni i szabat spędziliśmy poza Warszawą, odwiedzając miejsca dalsze i bliższe.  Świetnie się bawiliśmy i spotkaliśmy się z życzliwością i symaptią ludzi (może dlatego, że w odróżnieniu od grup z Izraela nie obwijaliśmy się we flagi izraelskie).  Szabat natomiat był prawdziwym wyzwaniem, bo wbrew temu, co nam obiecano, nic nie było pzystosowane dla tych, którzy przestrzegają szbatu.  Z drugiej strony miało to jakiś urok, bo myślałem, że tak kiedyś musiano obchodzić szabat, bez tych wszystkich udogodnień najnowszej techniki .  A poza tym wierzę, że kidusz w miejscu gdzie już nie słyszy się tej melodii, ma jakieś wyjątkowe znaczenie.  Ja mowie kidusz w wymowie sefardyjskiej, tak jak mówią współcześni Izraelczycy.  Umiem jednak zmawiać go też w wymowie aszkenazyjskiej, nauczył mnie tego dziadek dawno, dawno temu, którego rodzina pchodziła z Polski właśnie.  I w ten wieczór poczułem taką niezwykła potrzebę powiedzenia go tak jak dziadek.  Zwykle i Z i ja wyśmiewamy się z siebie nawzajem, gdy wpadamy w zbyt daleko posunięty sentymentalizm.  Tym razem Z milczała.  Czasem warto pozwolić sobie na odrobinę kiczowatej ckliwości, bo to był naprawdę niezwykły moment.  Dobrze, że tu przyjechaliśmy." 

00:04, zydoweczka
Link Komentarze (20) »
wtorek, 30 stycznia 2007
Polska według męża – dzień 3.

"Już powoli zaczyna nam brzydnąć perspektywa kolejnego posiłku, który w ciągu  kilku minut powstaje z tajemniczego proszku firmy Osem.  Nikt tak naprawdę nie wie, z czego ten proszek się składa, a złowrogie bulgotanie, które następuje po zalaniu proszku wrzącą wodą, odbiera apetyt nawet najbardziej głodnym.  Zaciskamy jednak zęby, bo największą zaletą zupek jest odpowiedni znak koszerności.  No ale ile można? 

Odwiedziliśmy więc sklep koszerny w poszukiwaniu produktów, które choć trochę mają wspólnego z naturą.Zachciało nam się mleka.

„Nie ma” – odpowiedział miły pan. 

„A noże ser żółty?”

„Będzie w przyszłym miesiącu.”

„A parówki?”

„Jak zrobią w fabryce.” 

Od razu mi się na sercu cieplej zrobiło.  Jak widzę organizowane są specjalne happeningi dla żydowskich turystów, aby przybliżyć im atmosferę kryzysu. Z mówi, że to bylo na poważnie, ale ja i tak wiem swoje. "

23:38, zydoweczka
Link Komentarze (38) »
Polska według męża – dzień 2.

"Dzień drugi rozpocząłem z postanowieniem zauważania więcej białego śniegu, a mniej tego błota, które wczoraj przyczepiło się do podwozia samochodu moich teściów, a stamtąd zawędrowało na nogawki moich spodni i dalej do skarpetek.  Biały puch, powtarzałem sobie w myślach zanim rano otworzyłem oczy.  I udało się! Z wysokości czwartego piętra świat naprawdę wyglądał ładnie.  Stałem przy oknie ściskając w dłoniach kubek kawy i czułem się jak w reklamie kawy Elite – rozbudzony i gotowy na nowe wyzwania.  Postanowiłem, że będzie to dzień turystyczny, bez żadnych sentymentów (na to będzie jeszcze czas). 

Mój poranny entuzjazm trochę opadł po kolejnych spotkaniach ze wszystkimi krewnymi i znajomymi Z.  Wiekszosc z nich po raz pierwszy miała okazję poznać małego i myślałem, że to na niego kierować się będą wszystki spojrzenia.  Jednak się myliłem.  Każdy z nadchodzących znajomych, których mieliśmy spotkać w  tradcyjnie polskim miejscu, jak mniemam, jakim jest centrum handlowe Arkadia, najpierw w wielkim popłochu rozglądał się w około, by poźniej z westchnieniem ulgi zauważyć, że na głowie mam zwykła czapkę, a pejsy umiejętnie wcisnąłem za uszy.  Wyglądam normalnie, jak z zadowoleniem zauważyła mama Z.  To ma być normalnie?  To ukrywanie się, przebieranie.  Ale skoro nawet Z mówi, żeby nie denerwować jej rodziców, to ja gotowy  jestem wystąpić nawet w stroju afrykańskim.   

A przecież miało być turystycznie! No więc pierwsze wrażenia:

1. Po wizycie w Arkadii muszę przyznć, że uczeń przerósł mistrza

2. Lazienki podbiły moje serce nawet zimą (a w szczególności trasy łyżwiarskie, które ciągnęły się nawet poza obręb parku i wychodziły na ulice – Mały dawno tak dobrze się nie bawił)."

23:35, zydoweczka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 28 stycznia 2007
Polska według męża – dzień 1.
"Pierwszy dzień naszej podróży do Polski za nami. Dla Z to wyczekiwana podróż do dawnego kraju, dla mnie kolejna wyprawa do kraju gdzie zmierzyć się trzeba z demonami przeszłości.  To nie mój pierwszy raz w Polsce.  Poprzednie wizyty wypadały jednak w środku lata, gdy ulice wypełnione były gwarem, młodzi siedzieli w ogródkach piwnych i wszędzie przesuwały się kolorowe koszulki, czapki, spódniczki.  Przy mojej pierwszej wizycie zdumiała mnie zieleń.  Rację miał Aharon Appelfeld pisząc „Polin, erec jeruka – Polska zielony kraj”.  Podświadomie szukałem wtedy tej szarości, którą znałem z wojennych fotografii i ze współczesnych zdjęć komunistycznych blokowisk.  A zamiast tego przywitała mnie wszechobecna zieleń.  Tym razem było jednak odwrotnie – oczekiwałem lodziarni i roześmianych dzieci, pałaszujących watę cukrową, a znalazłem się pośród szarości.  Gruba warstwa chmur, przybrudzony śnieg i szare twarze ludzi.  Wiatr i deszcz.  I rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz Birkenau.  Wszystko to razem napawa mnie lękiem.  Gdyby nie roześmiana twarz Z. już na lotnisku odwróciłbym się na pięcie i wsiadł z powrotem do samolotu.  A tak jestem tutaj.  Jak mówi Z. powodzenie wizyty zależy tylko od mojego nastawienia.  W związku z tym zaczynam się odpowiednio nastawiać."
23:48, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
sobota, 27 stycznia 2007
Ślub

Ani mój, ani siostry, ale z Izraela i też wzruszający,  zapewne ciekawy dla wszystkich czytających mnie etnografów.  Oglądajcie i badajcie!

 
23:25, zydoweczka
Link Komentarze (16) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Babski wieczór

Czasami robimy sobie ze znajomymi babskie wieczory.   Dzieci zostają pod opieką tatusiów, a mamy spotykają się ma kawie i rozmawiają o dawnych dobrych czasach.  Mimo że nie znałyśmy się w tych „dawnych dobrych czasach”, to zaskakująco podobne mamy wspomnienia.  Czasami aż za bardzo. 

Teraz jesteśmy poważnymi kobietami.  Łączy nas to, że w pewnym momencie porzuciłyśmy świecki styl życia i „powróciłyśmy” do religii.  Poważne kobiety – prawniczki, nauczycielki, tłumaczki i jednoczenie zony i matki.  Wymieniamy uwagi na temat halachy, dodajemy coś do aktualnego czytania Tory. Udaje nam się zwykle utrzymać poważną twarz do chwili, gdy jedna z nas powie:

- A pamiętacie Kurta Cobaina?  On to był przystojny

Koniec wieczoru wygląda tak, że grupa kobiet w długich spódnicach podryguje do muzyki Nirvany.  Tylko cicho! To tajemnica J

01:15, zydoweczka
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
„A z czego wy się utrzymujecie? Z powietrza?”

6 rano.  Dzwoni budzik.  Codzienna przepychanka, kto jest bardziej uprzejmy i pozwoli temu drugiemu skorzystać z prysznica jako pierwszemu : „Nie, ty idź, ja poczekam” z trudem mówię, modląc się w duchu, że mąż rzeczywiście weźmie to za znak uprzejmości.  Niezależnie od tego, kto wygra w konkursie uprzejmości o 6:30 mąż wychodzi z domu na poranną modlitwę, a po niej udaje się do swojego przestronnego beit midrasz, by dzień spędzić na nauce Talmudu.  Ja budzę małego, ubieram go, karmię i wykonuje inne czynności niezbędne do doprowadzenia go do stanu przyjmowalności w żłobku.  Po odprowadzeniu go do żłobka, rzucam się w wir pracy zarobkowej, na którą składają się tłumaczenia wielce zajmujących umów i innych dokumentów niezbędnych do funkcjonowania nawet najmniejszego przedsiębiorstwa handlowo-usługowego (wystawienie dokumentu takiego jak wniosek urlopowy w firmie jednoosobowej i do tego wymagającego tłumaczenia wymaga nie lada zamiłowania do dziedziny powszechnie nazywanej papierologią biurową). 

 

Gdy mały odebrany zostaje ze żłobka, tłumaczka zamienia się w mamę i klawiaturę komputera zamienia na misie i samochodziki.  Lawirując pomiędzy rozrzuconymi zabawkami próbuje przygotować coś w rodzaju posiłków dla małego, bo wiadomo, że obiadem musi zająć się mąż (próbowaliśmy już przejścia na system matczynego gotowania obiadów, ale mały wykazując się zupełnym barkiem delikatności, zamiast przełknąć porcję obiadku, udekorował moimi buraczkami ściany w kuchni, co wymagało natychmiastowego odmalowania kuchni).

 

Gdy mąż wraca do domu późnym popołudniem, student jesziwy zamienia się w tatę i Talmud zastępuje książeczką „Peter the Rabbit”, jednocześnie wykonując rolę kucharza.  Mama przyjmuję wdzięczną rolę sprzątaczki i ewentualnie gońca.  

 

Gdy mały uda się na spoczynek nocny, tata zamienia się w tłumacza. Miarowy stukot klawiatury przerywany zostaje tylko pytaniem „To ile jeszcze do szabatu?”  A o 6 rano...

   

P.S. Ale wszystko to zostaje zawieszone na czas następnego tygodnia, czas naszych wakacji!  A przez ten tydzień blog „Żydóweczka’ zacznie mówić głosem nieco niższym i bardziej zachrypniętym, czyli głosem męża.  Będą to wrażenia z Polski widzianej oczami amerykańskiego - izraelskiego Żyda.

09:14, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
środa, 17 stycznia 2007
Naród księgi

Naród księgi.  Tak nazywają siebie samych Żydzi, po czym dodają z figlarnym uśmiechem „A raczej ksiąg”, bo ksiąg ci u nas naprawdę dostatek.  Mąż uczy się pilnie w swojej jesziwie i półek nam już brakuje na książki.  Całe szczęście, że część pozycji mamy w wersji komputerowej, bo inaczej trzeba by było przeznaczyć na książki część półek w kuchni.

 

Naród księgi.  Wszyscy znamy ten obrazek – mężczyzna w czarnym kapeluszu, przygarbiony siedzi nad rozłożoną książką, chłopiec w jarmułce uczy się pierwszych liter.

 

Mężczyzna, chłopiec.  A gdzie jest kobieta? Też wiemy, widzieliśmy na obrazach w muzeum - na targu, w kuchni, lub właśnie skupiona zapala świece.  Też ma książkę, lecz to już nie księga, a raczej mała książeczka, modlitewnik, z którego codziennie czyta psalmy.

 

Te tradycyjne obrazki powoli jednak odchodzą w przeszłość.  Zbyt powoli, powiedzą jedni.  Za szybko, dodadzą drudzy. 

 

Z jednej strony ultraortodoksi przyczyniają się do zamknięcia seminariów dla ultraortodoksyjnych kobiet, zdobywających tam zbyt świecką edukację.  Z drugiej strony niedostępna kiedyś dla kobiet nauka Talmudu staje się coraz bardziej popularna.  Ortodoksyjne Żydówki pogłębiają wiedzę w dziedzinach kiedyś dla nich niedostępnych. 

 

U nas na półce znalazło się miejsce na traktat Kiduszin, z moimi notatkami, i na inne książki, które niezbędne mi były w nauce w szkole Nishmat.  Wtedy mąż buszował na targu i gotował w kuchni, a ja do późna starałam się zrozumieć co Raw Hisda miał na myśli.

 

Mimo tych wszystkich dużych ksiąg, mały modlitewnik wciąż leży na moim nocnym stoliku.  Niektóre strony są zupełnie niezniszczone, inne mają zagięte rogi i przybrudzone krawędzie.  Ta mała książeczka towarzyszy mi wszędzie.  To zapis mojej prywatnej rozmowy z Haszem. 

 
09:33, zydoweczka
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
"Patataj, patataj..."

Klamka zapadła.  Bilety kupione, rezerwacje zrobione – wybieramy się w odwiedziny do kraju, gdzie przybyłych wita się chlebem i solą (dziewcząt w strojach krakowskich na lotnisku nie oczekujemy).  I jak zwykle muszę odpowiadać na setki pytań znajomych, którzy na ogół zapominają skąd jestem i dopiero teraz przypominają sobie i czują nieodpartą potrzebę pytania o wszystko (między innymi, czy zabrałam ze sobą puchową kurtkę – wyjaśnienia, że w Polsce teraz temperatury wiosenne na nic się zdają). 

 

Tegoroczna wizyta będzie jednak trochę inna, a to za sprawą tego blogu właśnie.  Świadomość, że jest tylu ludzi, którzy nie przestraszyli się tej dosyć prowokacyjnej nazwy „Żydóweczka” i zamieścili linka na swojej stronie, że jest tylu, którzy nie szczędzą ciepłych słów, i że komentarze (w ogromnej większości) są bardzo ciekawe (szkoda, że nie znajduję czasu by na nie tak samo ciekawie odpowiadać) sprawia, że przyjeżdżamy jacyś tacy bardziej radośni.

 

Więc stanę teraz na scenie, obciągnę spódnicę i poprawię czapkę na głowie i krzyknę na cały głos: „Dziękuję” po czym prześlę całusa na cztery strony świata.  Cieszę się, że mnie czytacie.

09:17, zydoweczka
Link Komentarze (30) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14